XVIII Wyprawa

Dzisiaj, 11 lipca 2019 r. o godzinie 1200, po niemal dwuletnich przygotowaniach, wyruszy z Chorzowa XVIII Szkolna Wyprawa Geograficzna „Indie 2019”. W czasie ponad siedmiotygodniowego pobytu na subkontynencie 23-osobowa uczniów, absolwentów, nauczycieli chorzowskiego Słowaka przemierzy kilkanaście tysięcy kilometrów poznając zróżnicowanie przyrodniczo-geograficzne i społeczno kulturowe największej demokracji świata.

Młodzi podróżnicy stawiają przed sobą następujące cele:

  • poznanie środowiska przyrodniczo – geograficznego subkontynentu indyjskiego,
  • zapoznanie z kulturą i zróżnicowaniem religijnym,
  • prowadzenie obserwacji terenowych przyrodniczych i socjologicznych, stanowiących materiał dla późniejszych wykładów, odczytów, artykułów i sprawozdań,
  • rozwijanie poczucia tolerancji,
  • kreowanie postaw wolnych od szowinizmu, przesądów narodowych i religijnych uprzedzeń,
  • studium postaci Mahatmy Gandhiego w 150. Rocznicę urodzin,
  • kształtowanie umiejętności organizacyjnych,
  • naukę zachowania się w sytuacjach nietypowych,
  • zebranie materiału filmowego i fotograficznego dla celów popularyzatorsko – ekspozycyjnych,
  • zebranie eksponatów etnograficznych z przeznaczeniem muzealnym,
  • pracę w charakterze wolontariuszy w ośrodkach Sióstr Miłości w Kalkucie,
  • oddanie hołdu maharadżom indyjskim za ratunek i pomoc polskim dzieciom – uchodźcom w czasie II wojny światowej.

Patronat nad tegorocznym przedsięwzięciem objęli: Polskie Towarzystwo Geograficzne, Ambasador Republiki Indii w RP Tsewang Namgyal, Prezydent Miasta Chorzów Andrzej Kotala, Rektor Uniwersytetu Śląskiego prof. dr hab. Andrzej Kowalczyk, oraz Poseł do Parlamentu Europejskiego prof. dr hab. Jerzy Buzek.



Relacja z wyprawy

Część 15 – Agra

Do Agry przyjechaliśmy zgodnie z planem i bez przygód. Po drodze z Manali do Ambali, skąd mieliśmy pociąg do Agry, zobaczyliśmy jeszcze jedno z najbogatszych miast Indii, a zarazem jedno z najnowocześniejszych, czyli Czandigarh. Nazwa miasta pochodzi od imienia bogini Chandi, której świątynia, Chandi Mandir, znajduje się w pobliskiej Panchkuli. Dosłownie „Chandigarh” znaczy „fort Chandi”. Miasto zostało zaprojektowane przez architekta Le Corbusiera w latach 50. XX wieku. A my zrobiliśmy sobie w nim postój, żeby zwiedzić Rock Garden, ogród założony przez Neka Chanda – urzędnika rządowego, który pracował nad nim potajemnie w wolnym czasie od 1957 do 1975 roku. Ogród w całości zbudowany jest z odpadów przemysłowych i domowych oraz przedmiotów odrzuconych.
A po zobaczeniu tego kuriozum, pojechaliśmy na dworzec Ambala Cantt., wsiedliśmy w pociąg, a ten zawiózł nas do Agry.
W Agrze natomiast rykszami pojechaliśmy pod hotel Shanti Lodge, który tradycyjnie zajmowali uczestnicy wypraw do Indii, ale okazało się, że przybytek jest remontowany, do dyspozycji turystów są tylko 4 pokoje, więc zaczęliśmy szukać czegoś obok i znaleźliśmy. To „obok” ma znaczenie, bo Shanti jest hotelem, z dachu którego (a na dachu była restauracja) można było podziwiać cudowną bryłę Taj Mahalu. Hotel „obok” też też miał tak zwany rooftop, więc zrobiliśmy jak zwykle, czyli daliśmy młodym 5 minut na rzucenie bagaży w pokojach i poprosiliśmy, aby przyszli na dach. Przyszli nie do końca świadomi po co ta zbiórka na rooftopie i… żadne słowa nie są w stanie oddać radości młodych, z tego co zobaczyli. Bo przecież Taj to jeden z głównych celów ich podróży do Indii. Zmęczenie po nocy w pociągu nagle wyparowało. Ekipa chwyciła za aparaty fotograficzne i telefony i… zaczęło się szaleństwo pstrykania zdjęć. W dodatku Kumar ogłosił, że wszyscy mamy czas wolny do… 13tej i dopiero po lunchu pojedziemy zwiedzać Sikandrę. No więc mieliśmy czas na prysznic, jedzenie, nawet krótką drzemkę (wreszcie w łóżku) lub na poszwendanie się po okolicy, choć jedno trzeba szczerze przyznać – Agra ma cudowne zabytki (i takie też są w jej okolicy), ale jako miasto nie powala. Nie jest duże (ok. 2 miliony mieszkańców) i takie jakieś bez wyrazu – dużo zrujnowanych domów, trochę krętych uliczek w najstarszej części miasta, mnóstwo sklepów z tandetnymi pamiątkami i dużo restauracji. Ot nic specjalnego.
A my spotykaliśmy się w holu hotelu o 13tej, wsiedliśmy w ryksze i pojechaliśmy najpierw do Sikandry, by zobaczyć, zbudowany w XVII wieku. grobowiec władcy Mogołów – Akbara a później do cudownego, niewielkiego mauzoleum Itmad-ud-Daulah. A następnego dnia zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę do Abhaneri i Fatehpur Sikri. W we wsi Abhaneri znajduje sie zbudowana w IX w. niezwykła studnia służąca do zbierania wody deszczowej. Radżastan należy do najsuchszych rejonów Indii studnia miała więc zebrać tyle wody ile to możliwe. Sudnia składa się z 13 kondygnacji, które łączy 3500 schodów, a jej głębokość sięga 30 metrów. Cud architektury. A po jego obejrzeniu, małym szopingu na okolicznym bazarku i przegryzieniu co nieco, pojechaliśmy do Fatehpur Sikri zobaczyć niegdysiejszą stolicę Wielkich Mogołów, wybudowaną z rozkazu Akbara i po kilkunastu latach opuszczoną przez dwór z powodu niedoboru wody pitnej. To miasto – widmo robi piorunujące wrażenie. Wygląda tak jakby jego mieszkańcy dopiero co wyszli i zostawili drzwi otwarte do pałaców. Zdjęć powstało setki… a po zwiedzeniu kompleksu przespacerowaliśmy się po wiosce Sikri i do Agry wróciliśmy na kolację… chyba wszyscy chcieli, żeby już było „jutro”, bo następnego dnia mieliśmy zobaczyć Taj Mahal. Każdy na tę okazję miał w plecaku nowiutką i czyściutką koszulkę Penepleny, bo przecież dobre zdjęcie to najlepsza pamiątka a na zdjęciu trzeba wyglądać. No to wyglądaliśmy. Rano było OK – ciepło i słonecznie… nawet bardzo, co dało nam się we znaki – mnie i Rysiowi, kiedy szliśmy kupić bilety wstępu. Potem, w Red Forcie, było jeszcze pięknie a niebo błękitne, ale kiedy przestąpiliśmy próg Taj Mahalu zaczęło lać. I to jak! Do zdjęć pozowaliśmy z parasolkami lub bez… mokrzy jak po kąpieli. Taj widziałam już kilka razy, ale nigdy nie lało… hm… Nasz wyprawowy peszek znowu sobie o nas przypomniał? Może, ale Taj wygląda pięknie zarówno w słońcu, jak i w deszczu, kiedy niebo nad nim jest stalowe. Podobnie szesnastowieczny Red Fort wzniesiony z rozkazu Akbara, po terenie którego biegają małe pasiaste wiewiórki, a dokładnie burunduki, na tyle oswojone, że poczęstowane pokruszonymi ciasteczkami włażą odważnie na dłoń i pałaszują. Agrę opuszczaliśmy niechętnie, mając świadomość, że przed nami już tylko Delhi i ostatni etap wyprawy.


Część 14 – Keylong-Manali

Przed wyprawą nad Tso Moriri musieliśmy spakować nasze bagaże i ostatecznie pożegnać malownicze Leh. Tradycyjnie już zerwaliśmy się z łóżek wraz ze wschodem słońca, by trudną górską drogę nad jezioro pokonać jak najszybciej i mieć popołudnie i wieczór na spacery brzegiem jeziora. Tak też było. Na miejsce dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Zainstalowaliśmy się w wynajętych pokojach i poszliśmy na przechadzkę po wsi Korzok i brzegiem większego niż Pangong, aczkolwiek równie pięknego, jeziora Tso Moriri. Jezioro ma wydłużony kształt i zniewalająco błękitne wody, a jego brzegi porośnięte są szmargdową trawą, na której rosną, tworząc dywany, małe żółte i różowe kwiatuszki, zaś wokół Tso Moriri piętrzą się pod niebo jeszcze wyższe góry niż nad Pangongiem. Po powrocie ze spaceru mieliśmy chwilę dla siebie i wtedy jedni odpoczywali w pokojach a inni poszli na przykład do pobliskiej świątyni buddyjskiej pozwiedzać i zrobić kilka ciekawych zdjęć. Kolację zjedliśmy przy świecach (bo nie było prądu) i dziwnym (dla tych, którzy są na bakier z fizyką) urządzeniu zrobionym z żarówki włożonej do szklanki z odrobiną wody na dnie. I ustrojstwo działało! Opatuleni w grube koce, bo po zachodzie słońca zrobiło się naprawdę zimno, zjedliśmy pyszne warzywne subji i dal z ryżem… a rano obudziły nas ryki osiołków i pukanie kropel deszczu o szyby okien. Po szybkim śniadaniu (chleb + omlet) pojechaliśmy w kierunku Jispy i Keylongu. Zatrzymaliśmy się tylko na godzinkę w szkole dla dzieci nomadów w miejscowości Puga. Jak już wcześniej pisałam, uczniowie i nauczyciele z tej szkoły pomogli dziesięć lat temu uczestnikom trzynastej wyprawy do Indii leciutko poobojanym po wypadku busa, którym podróżowali. Kumar zdecydował, że książki, kredki, mazaki i inne przybory szkolne, które przywieźlismy do Indii, zostawimy właśnie w tej biednej szkole, w której od progu witały nas kilku i kilkunastoletnie dzieci, ich nauczyciele i dyrektor. Radość z otrzymania od nas tych giftów była ogromna, a jeszcze większa ze zdjęć, które robiliśmy dzieciom i z dziećmi. Niestety trzeba było się pożegnać i ruszyć dalej. Tymczasem po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów utknęliśmy na kilka godzin w Sarchu – w osadzie blisko mostu, który już w drodze TAM narobił nam problemów, bo był uszkodzony. Tym razem powtórka z rozrywki. Warunki atmosferyczne, czyli opady śniegu w wyższych partiach gór i deszczu w niższych były powodem problemów. Informacje, które do nas dotarły nie byly optymistyczne – jeden most zerwany, drugi podmyty, więc trzeba czekać może kilka godzin a może dzień, dwa, trzy… Hm… niby można, ale szkoda tracić czas, który mogliśmy spędzić w miejscach zaplanowanych wcześniej. Na szczęście Kumar z Rysiem, robiąc kolejne kilometry, czyli chodząc od Annasza do Kajfasza i wypytując o to, co dalej, ustalili, że za jakiś czas może będzie okazja dojechać chociażby do Jispy i tak się stało. Góry były białe, temperatura spadła, jadąc zakładaliśmy na siebie kupione w Sarchu ciepłe skarpety i kolorowe czapki. W Jispie mieliśmy zamiar przenocować w hotelu, w którym zatrzymaliśmy się jadąc do Ladakhu. Tymczasem kiedy byliśmy już na miejscu, okazało się, że hotel jest zamknięty na cztery spusty i musimy szukać innego. Znaleźliśmy oczywiście, ale do łóżek wpakowaliśmy się po północy. Krótko spaliśmy, by następnego dnia jak najwcześniej przejechać trasę do Manali, a przede wszystkim przejechać przełęcz Rohtang. A jednak nie pojechaliśmy daleko. W miejscowości Sissu dowiedzieliśmy się, że przełęcz i droga do niej są zamknięte z uwagi na nasze – podróżujących bezpieczeństwo. Nie mogliśmy pojechać dalej, więc… jedliśmy, piliśmy herbatki i gorące czekolady. Noc spędziliśmy w Keylong, a rano obudziło nas słoneczko – znak, że ruszymy dalej. I rzeczywiście, drogi były otwarte, ale jadąc nimi przekonaliśmy się dlaczego wcześniej nie były przejezdne – wielkie koparki ciagle jeszcze walczyły ze skutkami lawin błotnch i usuwały zwalone ze zboczy głazy. I już widzieliśmy się na deptaku Manali, gdy nagle okazało się, że znowu stoimy i postoimy długo w długim korku samochodów. Kumar poszedł na zwiady i okazało się, że na cysternę (na szczęście pustą) zwaliły się ogromne głazy. Pięć godzin później służby poradziły sobie z problemem. Co można robić przez kilka godzin na górskiej drodze? To co my! Opalać się, spacerować, jeść i wygłaszać zaległe referaty. Ze spaceru w stronę przywalonej cysterny niektórzy z nas wracali z łupami, tj. ze słoiczkami miodu, który zaczął sprzedawać jakiś operatywny lokalny bartnik, widząc dlugi sznur aut wypełnionych turystami. Miodek, nie powiem, pyyyyyszny… A nasza ekipa, pod kierunkiem Kumara, dodatkowo wszczęła małą akcję, która miala na celu uregulować sytuację na drodze, na której staliśmy. Bo my staliśmy grzecznie, nie podjeżdżaliśmy bliżej cysterny, bo a nuż uda się jakoś przejechać albo przynajmniej jak najwcześniej ruszyć kiedy to będzie możliwe. Tymczasem wielu nas początkowo mijało i efekt był taki, że koparki, próbujące usunąć głazy z cysterny miały poważnie utrudnione zadanie. Więc my usiedliśmy na drodze i nie przepuszczaliśmy już nikogo, choć nie podobało się to kierowcom – kombinatorom. Trąbili na nas, pokrzykiwali, pomstowali, ale my zajmowaliśmy stoicki spokój a Kumar grzecznie radził zawrócić na przełęcz Rohtang i obrać kierunek na ZAWIERCIE.
Wieczorem natomiast droga stała się przejezdna i już bez dodatkowych przygód dojechaliśmy do Manali.


Część 13 – Pangong

Z doliny Nubry wróciliśmy do Leh po południu. Połaziliśmy po mieście, kupiliśmy flagi indyjskie z myślą o święcie narodowym Indii, które wypadało następnego dnia, zjedliśmy jakiś dinner i poszliśmy spać. O świcie 15. sierpnia ruszyliśmy w drogę, by dojechać do Jeziora Pangong oddalonego od Leh jakieś 120 kilometrów. Ale najpierw pojechaliśmy do klasztoru Thikse na poranną buddyjską pudźę. Dwaj mnisi, odziani w bordowe szaty i ze strojnie przyozdobionymi głowami, dmąc w trąby wykonane z wielkich muszli z dachu monastyru, dali światu sygnał o rozpoczynającej się ceremonii. Wszyscy buddyści i inni zainteresowani pudźą porozsiadali się w kucki pod ścianami świątyni; mnisi schodzili się powoli a każdy u wejścia trzykrotnie padał na kolana, powtarzając BUDDA, DHAMMA, SANGHA… potem zajmowali swoje miejsca i zaczynali śpiewnie powtarzać mantry, uderzając w gongi, „talerze” i dmąc w pięknie ozdobione trąby. W trakcie pudży mnisi zjedli też tradycyjny posiłek, czyli zmieszaną ze słabą herbatą z mlekiem surową mąkę. Ceremonia trwała godzinę…
Z niekłamanym zainteresowaniem przeglądałam się ludziom, którzy jak my przybyli do świątyni. Jedni robili zdjęcia, inni chyba medytowali, inni drzemali… zresztą obserwować mnichów to też ciekawa historia, zwłaszcza tych młodszych i uczniów szkół przyklasztornych… bo ci najmłodsi powtarzali mantry a jednocześnie dawali sobie kuksańce, albo opowiadali sobie coś, zaśmiewając do rozpuku. A jeden z ich starszych kolegów po prostu grzebał sobie w komórce i oglądał jakieś zdjęcia. Zauważył, że go namierzyłam, speszył się i wyjątkowo głośno potem śpiewał mantry. A my, po pudży, zjedliśmy szybkie śniadanie na parkingu pod klasztorem (2 jaja+dwa tosty/głowę) i ruszyliśmy w kierunku jeziora Pangong.
Jadąc obserwowaliśmy mijane wsie, miasteczka i inne pojazdy udekorowane barwami Indii. Bo był to w końcu dzień świateczny… kiedy zatrzymaliśmy się na herbatę i wc, w restauracji, do której weszliśmy włączony był telewizor na pełny regulator i transmisja państwowych obchodów święta niepodległości z udziałem władz Indii. A kiedy rozbrzmiał hymn, stanęliśmy na baczność wraz z lokalsami.
Nad Pangong dojechaliśmy około 15tej i zanim wynajęliśmy pokoje, korzystając z dobrego światła, robiliśmy zdjęcia na tle mieniących się różnymi odcieniami niebieskiego wód Pangongu.
To wielkie, liczące ponad sto km długości jezioro, rozdzielone granicą między Indie i Chiny, zniewala urodą. Nas uwiodło totalnie. W wodzie odbijały się góry Karakorum a nad głowami mieliśmy błękitne niebo gdzieniegdzie upstrzone śnieżnobiałymi chmurkami. Do zdjęć pozowaliśmy w pojedynkę, w grupach i całą ekipą. Osobno dziewczyny – przyzwoicie i chłopcy, którzy do swojego zdjęcia zdjęli koszulki i prężyli mięśnie. Jedynie męska część „opieki” pozostała w ubraniu, chyba nie chcąc robić konkurencji nastolatkom. Potem spacerowaliśmy brzegiem jeziora, czekając na zachód słońca, który okazał się równie spektakularny jak wschód słońca nad Pangongiem dnia następnego. W nocy było zimno. Po raz pierwszy zapakowałam się w śpiwór i przykryłam grubymi pledami, które były w wynajętym pokoju. Rano natomiast ruszyliśmy w stronę Leh z zamiarem dotarcia do monastyru w Hemis i szkoły przyklasztornej, w której (jak już wcześniej) chcieliśmy zostawić książki, kredki, długopisy i inne przybory potrzebne uczniom. Hemis to największy i najbogatszy klasztor w Ladakhu, wybudowany w 1630 roku a ufundowany przez króla Sengge Namgjala dla szkoły w Drukpa. To, co kojarzy się najbardziej z Hemis to czerwone czapki noszone przez zamieszkujacych monastyr mnichów i zwyczaj wywieszania wielkiej tangki co 12 lat z okazji święta ku czci guru Padmasambhawy.
W drodze zatrzymaliśmy się na szczególną sesję zdjęciową ze… świstakami. W okolicy Pangongu jest ich wiele, ale dwa wyjątkowe. Nadaliśmy im imiona bohaterów filmu „O dwóch takich co ukradli księżyc” – Jacek i Placek. Świstaki były bowiem fizycznie jak dwie krople wody (tłuściutkie i okrąglutkie, z mięciutkim futerkiem), choć zachowywały się odmiennie – Jacek był bardziej zadziorny i płochliwy, a Placek… jak poległ na kamieniu tak leżał i wygrzewał futerko. Obaj pozwalali gapiom zbliżyć się do siebie, ale bez przesady, jakby mówili „Zdjęcie? Ok, ale łapy przy sobie”.
Do klasztoru przyjechaliśmy jednak później niż zakładaliśmy, trochę czasu zabrało nam też jego zwiedzanie i odwiedziny w szkole stanęły pod znakiem zapytania. Ale Kumar szybko wpadł na pomysł, że jest jeszcze jedna szkoła – dla dzieci nomadów, której może nawet bardziej przydadzą się nasze gifty; szkoła, której kadra i uczniowie dziesięć lat wcześniej pomogli uczestnikom 13tej wyprawy, kiedy ci mieli wypadek jadąc busikiem… Znad Pangongu wróciliśmy do Leh spakować ostatecznie nasze bagaże i wyspać się przed rozłożoną na kilka dni drogą powrotną do Manali, a później do Agry.


Część 12 – Dolina Nubry

Trzeci dzień w Ladakhu zaczął się dla nas wcześnie, bo Kumar postanowił nam pokazać Dolinę Nubry i Shyok. Musieliśmy więc przejechać około 150 kilometrów górskimi, wąskimi drożkami i „zaliczyć” przełęcze sięgające ponad pięciu tysiący metrów nad poziomem morza. Na Khardung La – tej najwyższej – postanowiliśmy sobie zrobić zdjęcia i napić się ciepłej herbaty, ale ani herbata nie była zbyt ciepła, ani zdjęcia nie są z serii tych, na których wyglądamy najlepiej, bo… skostnieliśmy z zimna i oddechy nam się spłyciły. Żołnierze indyjscy, którzy z racji bliskości Pakistanu mają tu w Ladakhu swoje bazy i strzegą newralgicznych punktów, byli też na tej przełęczy i nieskrywanym zdziwieniem przyglądali się naszym popisom przed obiektywami, bo oni byli ubrani jak my zimą a my… na cebulkę, bez czapek, rękawiczek, no i w sandałach i… skarpetkach.
Do Doliny Nubry przyjechaliśmy późnym popołudniem, po drodze zatrzymując się w wiosce Panamik, która słynie z gorących źródeł. I rzeczywiście wypływające gdzieś spod skał strumyki, nad którymi unosiła się para, były cieplejsze od wody gotowanej na przełęczy, bardzo czyste i zachęcały do wymoczenia w nich nóg. A w Dolinie Shyok najpierw pojechaliśmy nie do hostelu, ale do gompy w Diskit a potem … na spacer po wydmach. Nasza ekipa brodziła w piachu na własnych nogach, ale inni turyści , wdrapywali się na wielkie dwugarbne wielbłądy i małymi karawanami ruszali w stronę zachodzącego słońca. Może to i fajne, ale jeszcze fajniej było powygłupiać się na piachu, słuchając krótkiego wykładu o nich Kumara i Kuby Mosia. Przeszliśmy barchanami kawał drogi, przebrnęliśmy przez rzekę i dotarliśmy do miejsca, z którego zabrały nas samochody i zawiozły do Hunder, gdzie był nasz hostel z wygodnymi pokojami i ogródkiem warzywnym, co sugerowało, że kolacje będą pyszne i takie były. A następnego dnia po śniadaniu pojechaliśmy w kierunku Turtuk, choć nie do samej wioski. Naszym celem było dojechać jak najbliżej granicy z Pakistanem, by zobaczyć imponujący lodowiec, który tam się znajduje. Próbowaliśmy, ale też za Turtuk zatrzymało nas wojsko indyjskie i przystojny oficer (nomen omen KUMAR) nie pozwolił dalej jechać. Więc my, elastyczni jak guma, wysiedliśmy z aut i poszliśmy w górę niewielkiego wzniesienia, na którym jak się okazało przycupnęła mała wioska Takshi. Domki jej mieszkańców były bardzo skromne, na wąskich dróżkach pomiędzy nimi bawiły się umorusane dzieci i przemykali lokalsi, najczęściej z wielkimi koszami zawieszonymi na ramionach jak plecaki. Szybko zorientowaliśmy się po co te kosze, bo na obrzeżach Takshi były gaje drzewek morelowych, których gałęzie uginały się od małych, żółto – pomarańczowych owoców. Do spróbowania nie trzeba było nas zachęcać. Rwaliśmy przesłodkie morelki prosto z drzew i częstowały nas nimi panie, które wypełnily nimi kosze. Obżarci jak bąki i z kieszeniami pełnymi owoców podziwialiśmy też widoki rozpościerające przed nami, a na kolejne punkty widokowe prowadził nas dziadek – mieszkaniec Takshi, który pomimo ponad 80 lat dreptał po kamieniach coraz wyżej jak kozica. A propos kóz… bohaterem dnia stał się malutki czarny i włochaty jak yeti koziołek, który niestety niechętnie pozował do zdjęć i meczał rozpaczliwie kiedy stawialiśmy na jego drodze z aparatami fotograficznymi. Zyskał też w minutę trzy imiona – według mnie wyglądał na Stefana, zdaniem Patrycji Charkot pasowało do niego imię Jacky, a Filip Mierzwiński upierał się, że to Devil i biorąc pod uwagę kolor sierściucha – chyba miał rację. Do Hunder wróciliśmy na kolację. Wykroiliśmy też godzinkę na prezentację referatów na temat… przygotowanych przez wyprawowiczów, a rano następnego dnia, poszliśmy jeszcze na niewysoką gompę, by zrobić kilka fotek i popracować nad kondycją przed kilkukodzinną podróżą z powrotem z Leh.


Część 11 – Leh

Do górskiego miasteczka Leh dojechaliśmy wieczorem, na szczęście na tyle wcześnie, że zdążyliśmy jeszcze wyjść na wspólną kolację do urokliwej restauracji Pingwin, w której mogliśmy spróbować tak typowych dla tego regionu pierogów – momo, thukpy i innych frykasów. Najedzeni poszliśmy spać i wreszcie po dwóch dniach w busikach mogliśmy się porządnie wyspać, bo Kumar Litościwy zarządził zbiórkę o godzinie JEDENASTEJ (ale już po śniadaniu). Tego jeszcze podczas tej wyprawy nie było. W dodatku program dnia był luźny: przeszliśmy do centrum miasta, wdrapaliśmy się na gompę Cemo, żeby zobaczyć fort z XV w. z małą buddyjską świątynią w środku i podeszliśmy pod pałac ukończony na początku XVII w. za panowania króla Sengge Namgjala, a potem daliśmy sobie czas na shopping, bo w sklepikach w centrum Leh można znaleźć perełki miejscowego i tybetańskiego rzemiosła. Więc jedni kupili bransoletki, inni skórzane torby, negocjowaliśmy ceny masek i młynków modlitewnych… Nawiasem mówiąc, kolację też zjedliśmy w tybetańskiej restauracji. Co ciekawe, młodym najwyraźniej zasmakowały dania z baraniną… Drugi dzień pobytu w Leh wypełniła wycieczka do Alchi i Likir. Alchi jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc w Ladakhu położonym nad brzegiem Indusu. W Alchi znajduje się kompleks świątyń buddyjskich z końca XI wieku, do powstania którego przyczynił się najprawdopodobniej Rinchen Zangpo – „Wielki Tłumacz”, który tu propagował buddyzm tybetański oraz dwóch buddyjskich mnichów, pochodzacych z jednego z najpotężniejszychw regionie klanu Dro – Kalden Sherab i Thsulthin. I to oni podobno wybrali artystów, którzy swoimi malowidłami odzdobili trzy świątynie – Dukhang, Sumsteg i Dźampe Lhakhang. Te malowidła i w ogóle wnętrza światyń zwalają z nóg. Do każdej ze świątyń wchodzi się przez bardzo małe drzwi, w związku z czym ciekawski lub wyznawca muszą siłą rzeczy pokłonić się wizerunkom (rzeźbionym i malowanym) Buddy znajdującym się w środku – kolorowym i z wielką maestrią dopracowanym przed tysiącem lat. Przed TYSIĄCEM lat! I tych portretów Buddy na ścianach jest tysiące. Niewiarygodne, że pozwalamy, by niszczały i znikały z biegiem lat i z każdym kolejnym monsunem. A w świątyniach spotkaliśmy mnichów odzianych w bordowo – pomarańczowe stroje, uśmiechniętych i emanujących, jakimś dziwnym dla nas, wewnętrznym spokojem. Jeden z nich poczęstował nas małymi (mniejszymi niż u nas), ale nadzwyczaj słodkimi morelami, z którymi zresztą zapozował mi do zdjęcia. Ale PECH, o którym pisałam wcześniej ciągle nas tropi i nie odpuszcza… Mieszkańcy Ladakhu są raczej niscy (czyt. wzrostu siedzącego psa jak ja na przykład…) i małe drzwi nie stanowią dla nich problemu, ale dla naszch wyprawowiczów i owszem, o czym przekonał się coraz wyższy Szafa. Boleśnie się przekonał. A kiedy uderzył wystrzyżoną łepetką o framugę drzwi to echo się ozwało chyba w calym Ladakhu. Na szczęście drzwi wiekowe – mocne a i głowa Szafy odporna na wstrząsy, więc bez zmian w skladzie ekipy po Alchi zobaczyliśmy Likir i znajdujący sue w tej miejscowości wielki posąg Buddy, klasztor buddyjski i szkołę, w której naukę pobierają kilku i kilkunastoletni mnisi. Młodych mnichów zostaliśmy… grających w badmintona. Byli, jak to nastoletni chłopcy na całym świecie, rozbrykami, uśmiechnięci i mocno zainteresowani zabawą. Ale kiedy im popatrzeć w oczy… można było w nich dostrzec mądrość starców, dojrzałość i coś, co trudno zdefiniować, bo wykracza poza ramy „tu i teraz”. A nas przywitał dyrektor tamtejszej szkoły, który – będąc mnichem – wyczerpująco odpowiedział na nasze pytania tyczące buddyzmu a także poczęstował sucharkami i herbatą. Nasza ekipa zostawiła kolegom z Likir książki do nauki angielskiego, długopisy, mazaki, szczotki i pasty do zębów oraz inne gadżety, które na pewno wykorzystają. No i zrobiliśmy sobie dużo pamiątkowych zdjęć szczerząc się do obiektywu aparatu i za przykładem małych mnichów, głośno krzycząc CHEESE!


Część 10 – Manali–Leh

Z Manali wyjechaliśmy bardzo wcześnie rano, bo od Leh dzieliły nas dwa dni drogi busikami. Krajobraz zmieniał się z każdym pokonanym kilometrem. Od Manali, przez Rohtang La do deszczowej Dżispy, gdzie postanowiliśmy przenocować, było jeszcze bardzo zielono. Potem drzew było już coraz mniej i mniej, a roślinność niższa, skarłowaciała… no i było coraz chłodniej. W wiosce Dżispa spędziliśmy noc, a następnego dnia rano znowu wpakowaliśmy się do naszych wehikułów, świadomi, że czeka nas kilkunastogodzinna przeprawa przez góry. Auta, którymi jechaliśmy zaczęły piąć się serpentynami nad przepaściami, ale widoki za oknami zapierały dech w piersiach. Mistrzowie kierownicy, którzy nas wieźli na wąskich drogach, sprawnie mijali inne wozy i trąbili przy każdym zakręcie, ostrzegając jadących z naprzeciwka „ZBLIŻAMY SIĘ”, żeby nie doszło do wypadku. Byliśmy już bardzo wysoko, kiedy nagle okazało się, że most, którym mieliśmy przejechać jest uszkodzony i jego naprawienie może potrwać nawet kilka godzin, więc Kumar zarządził ewakuację z samochodów i przejście pieszo na drugą stronę rzeki po uszkodzonym moście do małej osady, w której można od biedy coś zjeść, skorzystać z toalety i kupić wodę. Jak postanowił, tak zrobiliśmy i jak tylko znaleźliśmy się wśród niskich zabudowań skleconych z desek i blachy falistej, otoczyły nas dzieci – kilkuletnie brzdące z umorusanymi buziami i odważnie pozowały nam do zdjęć, za co dostały od nas na pamiątkę drobne gifty. Zerkaliśmy też co jakiś czas w stronę mostu i dość szybko zauważyliśmy, że naprawiono szkodę i wznowiono ruch. Wsiedliśmy zatem do aut i po kilkunastu minutach jazdy… powtórka z rozrywki, czyli kolejny most i stracone minuty postoju. Potem już nie było mostów a coraz wyżej położone przełęcze do pokonania – na czterech, prawie pięciu i ponad pięciu tysiącach metrów nad poziomem morza, w tym Tanglang La (5.359 m n.p.m.).
Lancz zjedliśmy po drodze w osadzie Pang – szybki posiłek (zupki z torebek typu Maggi i słodka czarna herbata), bo było już popołudnie, a jazda po zmroku górami nie byłaby bezpieczna. Na przełęczach niektórzy z uczestników wyprawy zaczęli odczuwać drobne dolegliwości związane z rosnącą wysokością, jak trudności z oddychaniem, bóle głowy i mdłości, ale Leh jest położone na 3.500 metrów nad poziomem morza, więc jak tylko zjechaliśmy z 5 i 4 tysięcy ich zaprawione w bojach organizmy doszły do siebie. Z drogi do Leh zapamiętamy na pewno wszyscy i na zawsze kolory gór, smak krystalicznie czystego powietrza, ciszę niezmąconą dźwiękami miasta, wyprostowanego na dwóch łapkach świstaka wypatrzonego przez Julkę Setlak (patrolował okolicę, w sreberka niczego nie zawijał) i… rozmaite napisy z przydrożnych słupów w rodzaju: uśmiechnij się, życie jest krótkie – nie skracaj go bardziej, nie martw się – bądź szczęśliwy lub wykształceni ludzie nie śmiecą. I jeszcze jednego nie zapomnę, a mianowicie Kumara polującego z butelką wody na tych śmiałków, którzy wpadali w objęcia Morfeusza zamiast oglądać to, co za oknem (NIE SPAĆ – ZWIEDZAĆ!).
Do Leh przyjechaliśmy o zmroku i poszliśmy skosztować typowych dla Ladakhu przysmaków…


Część 9 – Manali

Manali miało być później, ale z uwagi na zaognioną sytuację polityczną w Kaszmirze, musieliśmy zmienić plany i ruszyliśmy w stronę Himalajów i Ladakhu.
Inna sprawa, że czasem dopada nas PECH i coś się psuje i zmienia… na przykład relację z wyprawy miałam spokojnie pisać, korzystając z laptopa targanego dzielnie w bagażu przez Kumara. Tymczasem wspomniany laptop już w Kalkucie odmówił współpracy. Dlaczego? Najtęższe głowy informatyczne tu w Indiach (ADAM, RYSIU) i w Chorzowie (SEBASTIAN DUDEK) nie uruchomiły „kompa” i buntownik musiał wrócić do kraju razem z Jarkiem Kurakiem, który na kilka dni dołączył do wyprawy.
No więc piszę w notatniku mojej komórki, co nie jest najwygodniejsze… ale trudno.
A z Amritsaru ruszyliśmy busikami w kilkunastogodzinną podróż do Manali – miasta w Himaćal Pradeś, niewielkiego miasteczka u podnóża największych gór nad rzeką Beas, owianego dość kiepską sławą, gdyż to właśnie tu mają częściej niż gdzieś indziej znikać ludzie. Bez śladu. Być może porwani… przez kogoś, po coś…
My do Manali przyjechaliśmy nocą. Marzyłam, żeby wziąć prysznic, wskoczyć do łóżka i zasnąć, ale wspomniany wcześniej pech dopadł mnie po raz kolejny – wciśnięty do bocznej kieszeni plecaka i przez wiele godzin przyciśnięty innymi bagażami szampon nie wytrzymał i wylał i… do prawie drugiej w nocy czyściłam sandały, próbowałam wypłukać umazaną gęstym płynem część plecaka itd. A nie było to łatwe, bo szampon zanim się wypłucze to się pieni. Koszmar. Na szczęście mogliśmy pospać dłużej i wyszliśmy zobaczyć centrum miasta dopiero po dziewiątej.
Manali zauroczyło nas wszystkich. Centrum miasteczka to wygodny deptak (por. Krupówki) z restauracyjkami i tysiącem sklepików, które spenetrowali nasi młodzi i w których nabyli drogą zakupu (Eluniu pozdrawiam!) grube skarpety, ręcznie uszyte plecaczki, czapki i inne drobiazgi. A po zakupach i zjedzeniu drugiego śniadania poszliśmy zwiedzać świątynie Manu, Hadimba Devi i Vashist – małe, stosunkowo niedawno wybudowane, ale przepięknie ozdobione i ważne dla wyznawców hinduizmu. Przy ostatniej dodatkową atrakcją są niewątpliwie źródła gorących wód – naprawdę gorących, o czym mogliśmy się przekonać postawiając pod strumyki opalone łapki. W Old Manali, gdzie jest jedna ze świątyń, w urokliwej knajpce wśród drzewek, przyciągających spojrzenia milionem małych czerwonych jabłuszek, zjedliśmy lancz i mogliśmy spokojnie pogadać o wrażeniach z nizinnej części wyprawy. Natomiast wracając do nowej części miasta mogliśmy pozaglądać na podwórka domów lokalsów i podziwiać ornamenty wyrzeźbione na futrynach drzwi i ramach okien drewnianych zabudowań. Pospacerowaliśmy też wśród nadzwyczaj wysokich cedrów himalajskich i wyciszyć się przed kolejnym etapem podróży.
Oj, nie chciało nam się opuszczać Manali następnego dnia wczesnym rankiem, pomimo że przed nami były Himalaje i Ladakh, na które większość uczestników wyprawy czekała chyba najbardziej.


Część 8 – Amritsar

Do Amritsaru dojechaliśmy późnym wieczorem, więc zobaczyliśmy tylko tyle ile można zobaczyć, jadąc rykszą z dworca do hotelu. Zresztą po podróży pociągiem, który do Waranasi przyjechał z prawie pięciogodzinnym opóźnieniem i tego opóźnienia w drodze do Amritsaru nie nadrobił, nic nam się już nie chciało poza tym, żeby wziąć prysznic i przyjąć pozycję horyzontalną. W pędzącym pociągu spędzilismy ponad 22 godziny. Ale my się szybko regenerujemy i już następnego dnia byliśmy gotowi czerpać energię z SADZAWKI NEKTARU NIEŚMIERTELNOŚCI, bo nazwa Amritsar właśnie to oznacza w sanskrycie.
Amritsar to liczące ponad milion mieszkańców miasto w stanie Pendżab, niedaleko granicy z Pakistanem. Nas interesowały tam dwie rzeczy: Złota Światynia Sikhów, zwana także Hari Mandir oraz ceremonia zamknięcia granicy z Pakistanem, podczas której żołnierze obu zwaśnionych państw wykonują popisową musztrę. Ale o tym potem… Najpierw bowiem pojechaliśmy do Jallianwalla Bagh, czyli niegdyś publicznego ogrodu, w którym 13 kwietnia 1919 roku gen. brygady Reginald Dyer rozkazał żołnierzom armii brytyjskiej strzelać do nieuzobrojonych Indusów (cywilów), wskutek czego zginęło co najmniej 400 osób a ponad 1000 zostało rannych. W tym niewielkim parku pamięci zobaczyć można pomnik ofiar tamtej masakry, choć większe wrażenie robią pozostałości zabudowań parkowych, w których ciągle widać ślady po wystrzelonych kulach. A stamtąd pieszo poszliśmy (bo odległość niewielka) do Złotej Świątyni, po drodze „hacząc” o sklep, żeby zaopatrzyć się w litrowe butelki wody i… światynię mamony, czyli kantor, bo ostatecznie trzeba za coś tę wodę kupować. A wody wypijamy tutaj hektolitry, bo temperatury sięgają ponad 40 stopni. W dodatku Amritsar jest miejscem szczególnie gorącym i trzeba pić, żeby nie stracić przytomności.
No więc ruszyliśmy w stronę Golden Temple… przed wejściem obowiązkowo trzeba zostawić buty, ale to dla nas nic nowego. Tutaj jeszcze każdy kto chce wejść na teren świątyni musi nałożyć na głowę pomarańczową, średnio gustowną chusteczkę. Wejścia do świątyni i porządku w jej obrębie pilnują strażnicy – wysocy Sikhowie odziani w niebieskie, widoczne z daleka tuniki i wspierajacy się na długich ostro zakończonych „pikach”. Wchodząc na teren kompleksu świątynnego trzeba przejść przez rodzaj fosy i tym samym symbolicznie obmyć stopy. Nasza grupa zrobiła co trzeba i po białych marmurowych schodach weszliśmy, by zobaczyć mieniącą się w słońcu faktycznie Złotą Świątynię. Widok zapiera dech w piersiach… Świątynia pięknie odbija się w niebieskich, krystalicznie czystych wodach basenu, który ją otacza i broni do niej dostępu. W tej wodzie pływają karpie, a wierni nurzają się rytualnie, szepcząc modlitwy. W Złotej Świątyni, najważniejszej dla Sikhów złożona jest i śpiewnie odczytywana Pani Księga. Nam dane było zobaczyć wnętrze świątyni i Panią Księgę, ale musieliśmy swoje odstać w kolejce przez Most Guru, łączący ją z brzegiem sadzawki. Na terenie kompleksu świątynnego zjedliśmy też posiłek serwowany za darmo przez Sikhów wiernym i niewiernym – odwiedzającym, a potem usiedliśmy w kręgu i Martynka wygłosiła referat na temat sikhizmu, którym zainteresowali się (oczywiście oprócz nas) sami Sikhowie, którzy przyglądali się nam bacznie a nawet przeganiali bardziej natrętnych gapiów, żeby nikt nam nie przeszkadzał. Do świątyni wróciliśmy jeszcze tego samego dnia wieczorem, żeby zobaczyć Złotą Świątynię w świetle księżyca i pięknie podświetloną kolorowymi lampami.
A popołudnie zajęło nam dotarcie na Atari Road, żeby zobaczyć ceremonię zamknięcie granicy z Pakistanem. Do granicy pojechaliśmy rykszami, a po drodze kupiliśmy flagi Indii, czapki w kolorach flagi indyjskiej, a niektórzy z nas (w tym Kumar i ja) pozwolili sobie namalować flagę indyjską na rękach i buziach. To co zobaczyliśmy na granicy przerosło nasze wyobrażenia. Kumar, który widział już to „przedstawienie” z niekłamanym zadowoleniem przyglądał się jak młodym opadają szczęki. Bo show na granicy jest szczególny. Chętnych, żeby je zobaczyć są tysiące. Przy granicy jest amfiteatralna widownia i bilboardy, które ułatwiają oglądanie tego, co się dzieje najdalej siedzącym. A dzieje się! Bohaterami widowiska są oczywiście żołnierze i po jednej i po drugiej stronie granicy ubrani w galowe mundury, których najdziwniejszą częścią są nakrycia głowy, przypominające kogucie grzebienie albo irokezy. Ale zanim swoje zrobią oficerowie, jeden z nich rozdaje flagi indyjskie kobietom, chętnym do pomachania nimi „przed nosami” Pakistańczyków, a potem jest prawdziwa dyskoteka na granicy… nie powiem, nosiło nas. Tłum szalał, skandował i śpiewał. My też, a co! A potem zaczął się pokaz sił żołnierzy obu stron. I jedni i drudzy podbiegali i podchodzili do bram granicznych, wykonując przedziwne kroki. Indyjscy żołnierze maszerując, podnoszą nogi niemal do wysokości uszu i czubka głowy (normalne MINISTERSTWO GŁUPICH KROKÓW rodem z Monty Pythona), robią wykopy, miny, podkręcają wąsy, grożą rękami żołnierzom po stronie pakistańskiej. To wszystko jest teatralnie przerysowane tym bardziej im bardziej przybiera na sile konflikt Indie – Pakistan. Tłum szalał, oglądając to przedstawienie. Im głośniej trąbili Pakistańczycy, tym głośniej było po stronie indyjskiej… My też gardeł nie oszczędzaliśmy. A podczas trwania ceremonii sprzedawane są napoje, lody i rozmaite gadżety z parasolkami włącznie.
Wieczorem wróciliśmy do hotelu i zaczęliśmy się pakować z zamiarem przejścia na pociąg, który miał nas dowieźć do Dżammu, a autobus potem do Śrinagaru w Kaszmirze. I… nastapila nastąpiła nagła zamiana planów w związku z trudną sytuacją w Kaszmirze właśnie. Bezpieczeństwo najważniejsze. Noc przespaliśmy w Amritsarze, a rano, wanami, ruszyliśmy do MANALI.


Część 7 – Varanasi

Waranasi moja miłość… za mocno napisane? Nie lubię takich patetycznych tekstów, ale naprawdę lubię to miasto i polubiłam już będąc po raz pierwszy w Indiach. I jak to bywa z prawdziwymi miłościami, tę też trudno racjonalnie wytłumaczyć. Zresztą, po co?
Waranasi to jedno z najstarszych miast świata, tajemnicze, głośne i tłoczne, choć mieszka w nim około dwóch milionów ludzi, co jak na warunki indyjskie nie jest imponującą liczbą. Kojarzone jest z Gangesem, który przepływa przez miasto i ghatami, czyli schodami wiodącymi do rzeki, na których toczy się życie od wczesnego świtu po poźne godziny w nocy. Na ghatach ludzie się modlą, piorą, medytują, z ghatów skaczą do wody rozchichotane dzieci i na ghatach odbywają się kremacje zmarłych. Całe stare Waranasi było labiryntem, który tworzyły ciasne uliczki – goli, z milionem sklepików i kramów z jedzeniem, obrazkami przedstawiającymi bogów, dzwoneczkami, sznureczkami i wszystkim, czego człowiek potrzebuje. Całe stare Waranasi BYŁO… Bo ku żalowi każdego, kto poznał je kiedyś i lubił po nim spacerować, to stare miasto władze zaczęły wyburzać. Wiedziałam o tym jadąc do Waranasi, ale to co zobaczyłam w realu przerastało moje wyobrażenia.
Do Puja Guest House hotelu, w którym zawsze się zatrzymujemy, prowadziła droga przez morze gruzów. Gdzieniegdzie wzrastały ponad sterty cegieł, niegdyś ukryte w zaułkach goli, małe świątynie. „Nasza” Puja się ostała, draśnięta z jednej strony zębami buldożera. Byłam w szoku. Jeszcze gorzej wyglądało to wszystko następnego dnia w świetle dziennym. Na szczęście napięty grafik zwiedzania rozpisany na każdy dzień nie pozwolił się dłużej zastanawiać w jakim kierunku pójdzie przebudowa miasta.
A następnego dnia po przyjeździe do Waranasi, wstaliśmy o 4.30, żeby się umyć, ubrać i zejść do zacumowanych przy ghatach łódek i z nich, a dokładniej z Gangesu, obejrzeć wschód słońca i zobaczyć budzące się życie na brzegu świętej rzeki. Rejs trwał jakieś dwie godziny, po czym wróciliśmy do hotelu na śniadanie a po nim ruszyliśmy rykszami do Sarnath, jednego z najważniejszych miejsc dla buddyzmu, bo to właśnie tam Budda wygłosił pierwsze kazanie. W Sarnath poszliśmy najpierw do muzeum, w którym zgromadzone są artefakty sprzed naszej ery i z początku naszej ery – rzeźby, płaskorzeźby, broń… a potem poczłapaliśmy do Parku Jeleni zobaczyć Stupę Damekh, wybudowaną około 500 roku naszej ery, aby zastąpić wcześniejszą budowlę sprzed naszej ery wzniesioną po to, by upamiętnić wspomniane wcześniej kazanie wygłoszone przez Buddę pięciu uczniom. Oprócz stupy są tam i inne stanowiska archeologiczne, odsłonięte dla zwiedzających, a będące resztkami budowli sprzed setek lat.
Z Sarnath, w wielkim upale, wracaliśmy do Waranasi, by zdążyć na pudżę, czyli nabożeństwo celebrowane przez siedmiu braminów poświęcone zmarłym, świętej rzece Ganges i żywiołom. Pudża oglądana przez nas z łodzi na Gangesie zostanie na pewno w sercach i pamięci uczestników wyprawy. To nie tylko czas modlitwy, ale też widowisko, w którym ważną rolę odgrywają światło ognia, dźwięki dzwonków, instrumentów hinduskich i swoisty teatr gestów kapłanów. Po pudży, wracając do hotelu, puściliśmy na wodach Gangesu liściane miseczki ze świeczką, kwiatami… na znak oddania czci Matce – rzece, ale także zmarłym
Kolejny dzień pobytu w Waranasi wypełniła wycieczka po mieście od świątyni do świątyni. Kiedy dotarliśmy do hotelu Rysiu i Shiva (nie bóg, a hotelarz – właściciel Pujy) zabrali dziewczyny na zakupy, by zainteresowane kupiły sari. Sari ostatecznie kupiła jedna, a hitem dnia okazały się jedwabne spodenki – bokserki, które kupila większość grupy (me too)… Natomiast wieczorem obejrzeliśmy genialny pokaz tradycyjnych tańców hinduskich, a następnego dnia poszliśmy zobaczyć malutką, cudną świątynię tybetańską i Manikarnika Ghat, czyli miejsce kremacji zwłok. Zawsze zastanawia mnie jak zareagują na Manikarnika Ghat młodzi, dla których śmierć jest tabu i tematem abstrakcyjnym. Tymczasem okazuje się, że to, co widzą przyjmują godnie, spokojnie, bez niezdrowej sensacji. A po tym, co kojarzy się z sacrum, przyszła pora na profanum, więc poszliśmy do sklepu z najpiękniej pachnącymi olejami świata i do kina…na Sex clinic (info. dla rodziców: wbrew tytułowi film był bardzo przyzwoity). A po kinie? Wiadomo, pakowanie, wczesna kolacja i dtoga na dworzec kolejowy, bo przed nami Amritsar.


Część 6 – Bodh Gaya

Po drodze do Bodhgayi była Gaya, gdzie wsiedliśmy w ryksze, z nadzieją szybkie dotarcie do hotelu, pod prysznic i na śniadanie. Ale nadzieja, jak mówią, matką głupich… Rykszarze wieźli nas przez jakieś wsie, kluczyli w tę i z powrotem, czyli po prostu nie mogli odnaleźć zabukowanego przez nas hotelu. Usprawiedliwia ich to, że prawie wszystkie hotele w Bodhgayi nazywają się niemal identycznie – BODHGAYA COŚ TAM. A wśród nas atmosferka się zagęszczała – wszyscy byli brudni i głodni, komuś wypadł z rikszy plecak i trzeba było po niego wracać, ktoś próbował pokierować rikszarzami, ale nie słuchali… słowem, wszystko to trwało. W końcu dojechaliśmy, żeby usłyszeć, że w hotelu jest jakaś awaria, nie ma wody i ogólnie KATASTROFA. My rozsiedliśmy się gdzie się dało i zaczęliśmy przysypiać, a Kumar z Rysiem poszli szukać nowego lokum. I znaleźli. A my zdążyliśmy się zdrzemnąć, kupić chleb, ogórki i pomidory i zrobić śniadanie. Ewakuacja do właściwego hotelu poszła sprawnie. Mnie i Bognie trafił się pokój wielkości dwóch pokoi, z klimą i działającym fanem, więc szybko zapomniałyśmy o średnio fajnym poranku. A popołudnie spędziliśmy zwiedzając świątynie buddyjskie. Bo Bodhgaya to miejscowość, gdzie miało rosnąć święte drzewo – figowiec pagodowy (ficus religiosa) – pod którym Siddhartha Gautama miał dostąpić oświecenia, tj. BODHI i stać się BUDDĄ (PRZEBUDZONYM). Najstarszą świątynią miała tu być budowla z czasów króla Aśoki (III w. B.C.), ale za panowania dynastii Kuszanów zburzono ją i ufundowano inną – Mahabodhi, czyli Świątynię Wielkiego Przebudzenia. Tam też odetchnęliśmy pełną piersią, siedząc w cieniu drzew, na szmaragdowej trawie, wysłuchując referatów przygotowanych przez uczestników wyprawy i opowieści Rysia, który dysponuje wielką wiedzą religioznawczą. Ale wieczór też był ciekawy, bo wypełniły go kolacja (wiadomo) oraz występy taneczne zamówione specjalnie z okazji ostatnich „nastych” urodzin Bogny. Bawiliśmy się przednio wszyscy, bo tancerze wyciągnęli nas na parkiet i daliśmy się ponieść muzyce. A następnego dnia, po śniadaniu, ruszyliśmy w stronę mojego ukochanego WARANASI.


Część 5 – Kolkata

Kolkata kojarzy się chyba wszystkim głównie z Matką Teresą. I rzeczywiście jeśli chodzi o zabytki, to nie znajdziemy tu tych najstarszych, sprzed wielu wieków czy tysiąca lat, a co najwyżej z czasów królowej Wiktorii… i te trzeba przyznać są naprawdę interesujące. Nasza ekipa miała je poznać niejako w drugiej kolejności, bo to ,co nas przygnalo do Kolkaty to misja wolontaryjna.
Ale po kolei…
Z pociągu, który przywiózł nas do tego kilkunastomilionowego miasta przesiedlismy się do taksówek, a te zawiozły nas do hotelu. Rozlokowanie się w pokojach zawsze nam trochę zajmuje, podobnie jak prysznic, bo chętnych w każdym pokoju do wyszorowania boskich ciał jest trzech lub czterech (trzy lub cztery). Po ablucjach przyszedl czas na kolację i małe zwiedzanie, ale… JESTEŚMY W INDIACH, a tu od zamówienia dania z karty do jego konsumpcji może minąć duuuuużo czasu. My, tego pierwszego wieczora w Kolkacie, czekaliśmy na realizację zamówień około dwie godziny. Masakra albo nauka cierpliwości. Przydatna. Zwiedzanie musieliśmy odłożyć na następny dzień i może dobrze się stało. A następnego dnia budziki wyrwały nas ze snu i łóżek przed piątą rano oczywiście. Bo żeby rozpocząć wolontariat w domach Matki Teresy trzeba najpierw pojawić się na porannej mszy, która zacxyna się o szóstej. No i po zbiórce o 5.20 poczłapaliśmy prawie jeszcze pustymi ulicami do domu Matki Teresy się pomodlić. Po mszy siostry częstują wolontariuszy skromnym śniadaniem (kromka chleba, banan i kubek czaju, czyli tutejszej herbaty) i przydzielają domy, w których ludzie z całego świata pomagają innym – chorym, umierającym i zawsze samotnym… My zjedliśmy śniadanie, Kumar pogadał z siostrą przełożoną i okazało się, że z powodu zbyt wielu grup wolontariuszy, my będziemy mogli zacząć swoją pracę dopiero następnego dnia. Cóż… bywa. No więc ruszyliśmy zwiedzać miasto. Widzieliśmy katedrę św. Pawła, Muzeum Wiktorii, klimatyczny cmentarz z końca XVIII, na którym pochowani są mieszkający ongiś w Kalkucie Brytyjczycy… o 15tej wróciliśmy do domu Matki Teresy wypełnić formularze wolontariackie i ustalić czas naszej posługi chorym, bo jedne grupy pracują do południa a inne po południu. Nam zależało na godzinach przedpołudniowych, bo chcieliśmy przecież jeszcze zwiedzić parę miejsc. A po dokonaniu formalności, wskoczyliśmy do miejskiego busa i pojechaliśmy na FLOWER MARKET. Warto było wytelepać się w autobusie jakieś pół godziny, bo po prostu utonęliśmy w morzu kolorów i zapachów. Kwiaty, w każdym chyba kolorze, ułożone w pęki i nawleczone na sznurki przyciągały nasze spojrzenia i prowokowały do zrobienia kolejnych dziesiątek zdjęć.
Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem. Szybka kolacja, sen i… znowu msza o 6tej a potem odbiór przydziałów do Shanti Dan, Prem Dan i innych. Ja z grupą dziewczyn, a Kumar z czterema chłopakami, musieliśmy dojechać do Kalighat i domu hospicyjnego, zwanego Nirmal Hriday, czyli najstarszego, czyli pierwszego domu opieki założonego przez Matkę Teresę. A tam praliśmy, rozwieszaliśmy pranie, zajmowaliśmy się pensjonariuszami jak trzeba było i jak poleciły nam siostry lub mashi, czyli stałe opiekunki chorych, karmiliśmy ich i sprzątaliśmy pomieszczenia, w których przebywają. A ja tańczyłam z jedną z pensjonariuszek. Była sprawna, radosna i chyba kochała muzykę, bo kiedy ta rozbrzmiała, porywała w tany wolontariuszki. Następne dni wyglądały podobnie, ale my coraz bardziej zżywaliśmy się z chorymi, którzy szybko zaczęli nas kojarzyć i witać bezzębnymi uśmiechami kiedy przychodziliśmy. Niektórzy postanawiali odejść nie żegnając się z nikim. Nagle. Cicho. Niepostrzeżenie. Ale tu śmierć jakoś mniej przeraża. Nie jest tabu jak w świecie, w którym żyjemy. A my, realizując naszą misję, przy okazji poznaliśmy wielu wolontariuszy z Hiszpanii, z Polski jak my, z Japonii, Korei…
W Kolkacie dołączyli do nas doktor Jarek Kurak, Szef Stowarzyszenia Przyjaciół Słowaka z córką Bogną, absolwentką, studentką medycyny. Jak my pracowali w domach Matki Teresy i zwiedzali z nami miasto i okolice. Pojechaliśmy na przykład zobaczyć Great Banyan Tree, tj. największe drzewo świata, szwendaliśmy się po mieście, by zobaczyć najbardziej reprezentacyjne dzielnice i budynki, zjeść coś dobrego i napić się lassi, które poi, ale i dostarcza organizmowi przyjazną mu florę. Kolkata to wielkie i „trudne” miasto, ale jednocześnie jakoś przyjaźnie przygarniające przybyszów.
Ps. Drugiego dnia wolontariatu, korzystając z tego, ze jesteśmy na Kalighat, poszliśmy do świątyni Kali i mieliśmy okazję zobaczyć ceremonię składania ofiar z kóz… straszne i krwawe widowisko…


Część 4 – Khadżuraho

Droga do Khadżuraho była trudna.
Z różnych względów . Po pierwsze pociąg…mieliśmy najpierw w jednym spę
dzić noc, a potem drugim pojechać dalej. I tak bylo, ale… noc w pierwszym minęła na czuwaniu przy mlodych, doświadczających sensacji żołądkowych. I to był jakiś pogrom. Papier toaletowy i worki na śmieci naprawdę się przydały. Ranek nie przyniósł poprawy, a trzeba bylo przenieść się do innego pociągu, znaleźć miejsca w przepełnionych wagonach i przetrwać kolejnych kilka godzin. I już wydawało się, że dojeżdżamy kiedy przypadkiem jakiś sympatyczny młody Indus przerwał nasze rozmowy i wtrącił: TEN POCIĄG NIE JEDZIE DO KHADŻURAHO. To co się zdarzyło w ciagu następnej minuty trudno opisać. Nastąpiła szalona ewakuacja na peron drzwiami i oknami ruszającej maszyny. Jedni liczyli bagaże, inni sprawdzali czy wszyscy wysiedli. No i znowu trzeba bylo biegiem ruszyć do właściwego składu, żeby ostatecznie dojechać do celu.
Khadżuraho okazało się niewielkim urokliwym miasteczkiem z portem lotniczym. Zdziwieni wypytywaliśmy ile ląduje tam samolotów i usłyszeliśmy, ze trzy tygodniowo prosto z Delhi. A my zamieszkaliśmy w wiosce na obrzeżach Khadżuraho, w gościnnych „pensjonacikach” prowadzonych przez lokalsów. I dobrze nam wszystkim zrobiła ta ucieczka od zgiełku wielkich miast. Młodzi szybko zaczęli dochodzić do zdrowia i radośnie pałaszowali wyśmienite domowe dania.
Do Khadżuraho pojechaliśmy zwiedzić trzy kompkeksy światyń hinduistycznych i dżinijskich zbudowanych między X a XI wiekiem. Świątynie zyskały światową sławę dzięki erotycznym płaskorzeźbom zdobiącym ich fasady. No i młodzi z wyjątkową uwagą oglądali budowle i fotogragowali… No coż, jak to się mówi – podróże kształcą… Zwiedzanie utrudniały upał i palące słońce. Mantrą powtarzaną młodym przez nas – opiekunów jest hasło PIJCIE WODĘ, MYJCIE RĘCE, NIE ZACZEPIAJCIE, NIE DOTYKAJCIE I NIE KARMCIE ZWIERZĄT. Do znudzenia i od rana do wieczora. A i tak się zapominają.
Po powrocie ze świątyń zjedliśmy obiadokolację i mogliśmy trochę odsapnąć. Część z nas zrobiła pierwsze większe zakupy i chwaliła się reszcie nowymi „galotami” i koszulami. Wszyscy też chyba zakasali rękawy i zrobili pranie. A następnego dnia pojechaliśmy zobaczyć położone nieopodal Khadżuraho wodospady Raneh. Niestety, pomimo pory monsunowej, deszczu tu jest jak na lekarstwo i zamiast wielkiego żywiołu zobaczyliśmy suche skały i sterty kamoli, po których przy normalnych opadach przelewają się huczące wody wezbranych rzek. Liczyliśmy też na to, że wśród drzew i w gęstych zaroślach wypatrzymy tygrysa, ale bestia jest niegłupia, unika terenów, po których łażą głośni turyści i niczego poza bawołami i jeleniowatymi nie zobaczyliśmy.
Następnego dnia z Khadżuraho pojechaliśmy autokarem do Satny, a stamtąd pociągiem do KOLKATY, by poznać miasto a przede wszystkim odbyć wolontariat w domach Matki Teresy.


Część 3 – Aurangabad

Nim wyruszyliśmy w drogę do Aurangabadu, nasi nowi przyjaciele z Kolhapur postanowili pokazać nam najbliższą okolicę i znajdujące się tam świątynie i zabytki. A było co oglądać. A więc najpierw pojechaliśmy do  położonej dwadzieścia kilometrów od Kolhapur Panhali – najmniejszego miasta w stanie Maharasztra, gdzie znajduje się fort z XVI wieku, a potem do dwóch świątyń hinduistycznych, w których przyjęto nas jak wyjątkowych gości  (by nie powiedzieć VIPów) i pozwolono zwiedzić świątynie bez koniczności czekania na wejście i dane nam było zajrzeć tam, gdzie inni śmiertelnicy tak łatwo by nie weszli. A wszystko wtedy w tych świątyniach było w kolorze PINK, bo trafiliśmy na święto. No i wszyscy byliśmy różowi i różowym kredowym pudrem obsypywani błogosławieni. Sądząc z ilości różu na człowieku, najbardziej oddanym tamtemu kultowi był… Szafa, który różowe miał nie tylko czoło i twarz, ale także głowę, koszulkę, ręce… a że jest duży i był spocony, to różowe było wszystko w beżowo-białym autku, które wszędzie nas dowoziło.
Niestety, przyjazne Kolhapur trzeba było opuścić…
Do Aurangabadu dojechaliśmy busem. Trochę to trwało.  „Trochę”, czyli około 8-9 godzin. Na postojach kupowaliśmy wodę, samosę i inne „czekadełka” przed porządną kolacją, no i  szukaliśmy toalety.  Na miejsce przyjechaliśmy o zmroku, pragnąc jedynie zjeść dinner,  umościć się na łóżkach i zasnąć.  Następne dwa dni miały przynieść mnóstwo wrażeń, bo przed nami były wycieczki do Adżanty i Ellory.
Do Adżanty wyjechaliśmy około 9tej. Było gorąco, drogi paskudne, rozkopane i dziurawe…  Trzęsło  nami w autokarze ze trzy godziny nim dojechaliśmy. Prawie w samo południe, czyli w czasie największej spiekoty. Uzbrojeni w butelki z wodą ruszyliśmy zwiedzać  wykute w skałach przepięknie ozdobione malowidłami świątynie i skromniejsze wihary, czyli  miejsca zamieszkania  i spotkań mnichów. Dodam, ze cały kompleks powstawał między II w. p.n.e. a VII n. e. , a odkryli je dla nas dziewiętnastowieczni angielscy myśliwi, którzy postanowili zapolować na pokrytym gęstą dżunglą terenie. Nas zachwyciły ciągle wyraźne i kolorowe wyobrażenia bóstw,  ornamenty i posągi Buddy usytuowane w centralnej części większości ćajtji, czyli świątyń właśnie.
Do hotelu wróciliśmy późno wymordowani długą  wyboistą drogą i spiekotą. Wieczorem pozostało nam tylko trochę czasu na kolację i prysznic. Szybko kładliśmy się spać, bowiem następnego dnia czekała nas wyprawa do Ellory…
Pobudka o 7 lub 8? Wszystko zależało (i zależy na wyprawie) od tego czy jest się w grupie organizującej śniadania czy nie… bo większość śniadań organizujemy sami i zjadamy  – że tak szumnie napiszę – przy wspólnym stole. Grupy przygotowujące  śniadania składają się z 4-5 osób i ich zadaniem jest kupić tzw. chleb, czyli tostowe „gąbki”, pomidory, ogórki,  jakieś owoce, no i „rozbroić” wybrane konserwy i serki topione (topione wielokrotnie… bo tu ciepło).  Kolorowe kanapeczki powstają rękodzielniczo zwykle na odpowiedni o nakrytym łożu jednego z wyprawowiczów. Konsumenci przychodzą na wyznaczoną godzinę i pochłaniają swój przydział, czyli zwykle od 3 do 4 kanapek. Takie właśnie śniadanie pochłonęliśmy przed wyjazdem do Ellory.
Do Ellory z Aurangabadu jest zdecydowanie bliżej niż do Adżanty. Około 30 kilometrów. W Ellorze również są światynie  – wielkie, wykute w bazaltach w okresie od IV do XI wieku. I jest ich sporo (ponad 100), w tym 17 hinduskich, 12 buddyjskich i 4 dżinijskie. Te ostatnie okazały się dla nas niedostępne, ponieważ najprawdopodobniej coś się zawaliło, coś trzeba odrestaurować…  nie wiadomo.  Dostępu do nich broniły zasieki i żołnierz, pełniący wartę na ich murach, by żaden ciekawski turysta nie próbował zajrzeć tam, gdzie nie trzeba. Natomiast najpiękniejszą ze świątyń i najokazalszą jest bez wątpienia KAILASANTHA, bogato zdobiona  rzeźbami, płaskorzeźbami, posągami… niestety, wszystkie posągi przedstawiające ludzi, bogów, bądź zwierzęta zostały uszkodzone przez muzułmanów nie uznających takich wyobrażeń istot żywych.  Nas jednak to miejsce zafascynowało, choć zwiedzaliśmy je w potwornym upale obciążeni jak wielbłądy butelkami z wodą. Bo w Indiach pić trzeba dużo ,dużo,  dużo i jeszcze więcej wody. Wiadomo – klimat. Choć  nasi wyprawowicze ciągle jeszcze o tym zapominają, a na skutki takiego gapiostwa długo czekać – my opiekunowie – nie musimy. Więc przypominamy po kilkadziesiąt razy dziennie PIJCIE WODĘ!
A wracając z Ellory zatrzymaliśmy się w jeszcze jednym ważnym historycznie miejscu, czyli w Kulhabadzie, gdzie znajduje się nieoznakowany grób ostatniego i jednego z najokrutniejszych Mogołów – Aurangzeba. Zwiedziliśmy również Bibi Ka Maqbara, czyli The Baby Taj Mahal – grobowiec żony okrutnika Aurangzeba, ukończony w 1678 roku, w żadnym stopniu nie dorównujący cudowi z Agry.  „Baby Taj” jest tylko w niewielkiej części wykonany z marmuru, nieproporcjonalny i rozczarowujący zwłaszcza dla kogoś, kto widział Taj Mahal z Agry na własne oczy.  No cóż… niektórzy z naszej ekipy widzieli…
Aurangabad następnego dnia pożegnał nas deszczem. Na szczęście do dworca mieliśmy ze 100 metrów.  Może nawet mniej. Więc szybko, uciekając przed pluchą, udaliśmy się na peron, wskoczyliśmy do pociągu, który ruszył w kierunku  Khadźuraho.


Część 2 – Kolhapur

Mumbaj nie przypadł do gustu wyprawowiczom, sądząc z tego, co mówili. Rozległe, głośne, dynamiczne aż nadto, słowem – męczące… Przykry incydent z plecakiem Kamila spowodował, że młodzi wchodzili do pociągu w kiepskich nastrojach, nadzwyczaj sprawnie rozlokowali się na swoich miejscach, pozabezpieczali bagaże i zajęli sobą – jedni gadali, inni spali, a jeszcze inni słuchali muzyki i dopieszczali wyznaczone im do przygotowania referaty. Noc w pociągu minęła bardzo szybko i tuż przed siódmą rano zaczęliśmy się przygotowywać do spotkania z Kolhapur.
Z dworca do hotelu podjechaliśmy rikszami, szybko przeszliśmy do pokoi wziąć szybki prysznic, bo przecież jeszcze tego samego ranka czekało nas spotkanie z pułkownikiem Vijaysinh Gaikwad, który miał nam pokazać miejsca związane „Dziećmi Maharadży”, czyli młodymi Polakami, którzy podczas wojny, po wyjściu z ZSRR, znalazły schronienie i dom właśnie tutaj – w Indiach.
Z Panem Gaikwadem, którego szybko zaczęliśmy nazywać BAPU (ojciec, tatko…) poszliśmy najpierw na pobliski cmentarz, na którym jest pochowanych około 80 rodaków i stoi postument z orłem i informacją: „tu spoczywają Polacy, którzy po uwolnieniu z sowieckich łagrów i miejsc zesłania znaleźli schronienie na gościnnej ziemi indyjskiej 1942-48”. Na miejscu czekał na nas duchowny i lokalne media… Po krótkiej modlitwie i udzieleniu wywiadu dziennikarzom, wsiedliśmy do samochodów i pojechaliśmy do wspaniałej posiadłości maharadży Kolhapur Shri Shahu Chhatrapati, który porozmawiał z nami, opowiedział historię swojej rodziny, podjął nas lunchem, pokazał bezcenne rodzinne pamiątki i trofea myśliwskie, a także zaprosił do szkoły, która powstała w niegdysiejszych stajniach należących do jego rodziny, a dokładniej w budynkach, w których mieściły się karoce należące do arystokraty. I w tej i innej szkole, do której pojechaliśmy z maharadżą, mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda edukacja w Indiach, a także porozmawiać z uczniami i ich nauczycielami. Na naszych wyprawowiczach największe wrażenie zrobił jednak chyba pałac maharadży – częściowo zamieszkany przez rodzinę Shri Shahu Chhatrapati a częściowo zamieniony w muzeum, udostępniające bezcenne skarby jak broń, obrazy, przedmioty codziennego użytku i… setki wypchanych zwierząt, upolowanych przez maharadżów Kolhapur, aczkolwiek „nasz” maharadża podkreślił, że nie wszystkie tygrysy zabił sam, a jedynie tylko część wyeksponowanych… Cóż… Ale psy najwyraźniej kocha, bo kiedy zobaczył, że głaszczemy wiernie towarzyszącą mu sunię, kazał służbie przynieść inne hodowane w pałacu pieski, ku radości całej grupy.
Naszym przewodnikiem w ciągu tych dwóch dni spędzonych w Kolhapur był niestrudzony Bapu, który pokazał nam miejsca w Valivade, gdzie de facto mieszkały polskie dzieci w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu, pomnik ufundowany i zaprojektowany przez tych, którzy kiedyś byli „dziećmi maharadży”, zaaranżował również nasze spotkanie z władzami uniwersytetu w Kolhapur, a wreszcie zaprosił nas do własnego domu na spotkanie ze swoją rodziną i przyjaciółmi. Dodam, że wśród zaproszonych gości znalazł się czternastoletni wnuk poznanego przez nas wcześniej maharadży – być może przyszła gwiazda największych bollywoodzkich produkcji, bo jak powiedział: chce być AKTOREM. Nieocenioną towarzyszką naszej podróży była Tanishka Karshikar, prawnuczka Pani Wandy Nowickiej – jednej z uratowanych polskich dzieci – uchodźczyń.
W Kolhapur spędziliśmy zaledwie dwa dni, ale na pewno nigdy nie zapomnimy tego gościnnego miasta i tych, którzy otworzyli przed nami swoje domy i serca. Nawiązane tu kontakty na pewno zostaną podtrzymane… A wszędzie towarzyszył nam Ken, maskotka naszych wyprawowych chłopaków, dumnie nosząca mundurek słowakowy (z krawatem włącznie). Ken, wszędzie dokąd docieramy, pozuje do zdjęć niczym zawodowy model – sesję zdjęciową zaliczył oczywiście także w pałacu i wspaniałym samochodzie Maharadży…


Część 1 – Bombaj

Trudno uwierzyć, ale od ostatniej wyprawy do Indii minęły dwa lata, w tym czasie zdążyła też „dorosnąć” do kolejnej eskapady nowa grupa młodych podróżników – pracowali, szukali sponsorów, uczyli się… w końcu spakowali plecaki i ruszyli w drogę.  A my – opiekunowie – z nimi.
Spod szkoły wyruszyliśmy busem w samo południe (no, może z kilkunastominutowym opóźnieniem) do Warszawy, by stamtąd dolecieć do Zurychu. Pierwszy lot był krótki, a po nim czekało nas długie oczekiwanie na lot do Bombaju. Co można robić całą długą noc na lotnisku? My łaziliśmy w tę i z powrotem, polegiwaliśmy na podłodze, fotelach i gdzie tylko się dało. Trochę gadaliśmy, wspominaliśmy i marzliśmy niemiłosiernie, bo Szwajcarzy na „klimie” nie oszczędzają i schładzają  terminale ile się da.
Lot do Mumbaju dłużył się prawie tak jak noc na lotnisku – na pokładzie było zimno, a w dodatku głośno, bo leciały z nami kilkumiesięczne „bąble”, które robiły konkurencję ryczącym silnikom wielkiego Airbusa i niezmordowane płakały prawie cały czas, ale DOLECIELIŚMY.
Kumar sprawnie załatwił taksówki, którymi dojechaliśmy do hotelu i tam w końcu młodzi poznali trzeciego opiekuna -Rysia.   Wyprawa rozpoczęła się na dobre. Pierwszy dzień w Mumbaju – niegdysiejszym Bombaju – rozpoczęliśmy od śniadania w małej restauracyjce naprzeciwko hotelu o wdzięcznej nazwie NAGINA, którą z marszu zmieniliśmy na WAGINA.  Po śniadaniu ruszyliśmy w miasto. Taksówkami dojechaliśmy do samego centrum, w okolice słynnego  hotelu Taj Mahal i pod Bramę Indii, wzniesioną na powitanie króla Jerzego V.  Jak tylko zrobiliśmy pierwsze zdjęcia zaczęło kropić, potem bardziej i bardziej …
Kumar z Rysiem kupili bilety na statek i wypłynęliśmy w morze, by dopłynąć na Elefantynę, wyspę, której nazwa pochodzi od znajdującej się tam niegdyś rzeźby słonia. Po ponadgodzinnym rejsie dopłynęliśmy na miejsce i tam dopiero poznaliśmy siłę monsunu, bowiem jak tylko wyszliśmy na brzeg z nieba lunęło jak z zepsutego kranu, a nasze parasole wyłamywał wiatr, więc w pośpiechu szukaliśmy schronienia pod daszkami małych kramów „z wszystkim”, by przeczekać i wreszcie zacząć zwiedzać znajdujące się na wyspie wykute w skałach świątynie z VIII i IX wieku, bogato zdobione rzeźbami i płaskorzeźbami. Niestety, wszędzie były małpy – ciekawskie złodziejki wszystkiego, co da się ukraść z ręki człowieka.   Młodych oczywiście zafascynowały  i na nic się zdały ostrzeżenia, żeby nawet na te kosmate paskudy nie patrzeć, schować kolorowe napoje i uważać na plecaki. Sprytne małpiszony pozowały do zdjęć, figlowały jak to małpy i odciągały uwagę wyprawowiczów od zabytków. Zwiodły nawet weterana wyprawowego – Szafę, któremu bezczelnie wyrwały z ręki butelkę z słodkim sokiem.
Zwiedziwszy świątynie, wróciliśmy na statek i ruszyliśmy w stronę Bombaju, a ponieważ na dolnym pokładzie były tłumy duża część wyprawy wdrapała się na górny pokład i jak tylko odbiliśmy od brzegu zaczęło lać. Ale jak lało! Ja, Kumar, Rysiu i Kuba schowani za toaletą, ciasno zbici w kupkę, bezradnie próbowaliśmy osłonić nasze podręczne bagaże i myśleliśmy o reszcie ekipy zajmującej niczym nie osłonięty górny pokład. Deszcz ustał dopiero kiedy dopływaliśmy do portu w Mumbaju. A my zmoczeni do suchej nitki ruszyliśmy poznawać miasto.
Pod Wrotami Indii Filip B. opowiedział nam o historii miasta i najważniejszy jego zabytkach, po czym ruszyliśmy w kierunku Muzeum Księcia Walii kolejowego  Dworca Wiktorii (dziś Chhartarapati Shivaji Maharaj Terminus), który zachwyca „koronkową” architekturą ze strzelistymi wieżyczkami, centralną kopułą z zegarem, fryzami i płaskorzeźbami.  Spod dworca taksówkami wróciliśmy do hotelu, by założyć coś suchego i zjeść kolację w okolicznych restauracyjkach.
Po dniu pełnym wrażeń z ulgą kładłam się spać, ale nie dane mi było pospać długo, bo… o północy młodzi zgotowali mnie i Rysiowi urodzinową niespodziankę – odśpiewali nam „sto lat”, złożyli życzenia i wręczyli TORT. Czekoladowy. Pyszny.  Pożarliśmy go wszyscy do ostatniego okruszka. Byliśmy z Rysiem zaskoczeni.  I nie tylko o to chodzi, że pamiętali o naszych urodzinach, ale o to jak się zorganizowali, będąc ledwie jeden dzień w Indiach.
Kolejny dzień w Indiach miał być i był intensywny. Kumar zorganizował samochody, którymi mieliśmy objechać najważniejsze miejsca w Mumbaju i które dowieźć nas miały wieczorem na dworzec kolejowy, bo niestety nasz pobyt w deszczowym Mumbaju dobiegał końca. Po śniadaniu zapakowaliśmy do samochodów bagaże i siebie i pojechaliśmy do Mani Bhavan, czyli muzeum poświęconego Mahatmie Gandhiemu. W domu obecnego muzeum (kiedyś własność przyjaciela Mahatmy), Gandhi  spędził kilkanaście lat swego życia po powrocie z Południowej Afryki.
Po spotkaniu z historią Gandhiego pojechaliśmy do Malabar Hill, czyli ekskluzywnej dzielnicy miasta, zwiedziliśmy „wiszące ogrody”, byliśmy na Marine Drive –  bulwarze ciągnącym się wzdłuż wybrzeża, ale też w slumsach, w których mieszają w wielkiej biedzie miliony ludzi. I to chyba te slumsy zrobiły na nas wszystkich największe wrażenie, bo tak samo jak poraża tam nędza ludzkiego istnienia, tak fascynuje to, że w najgorszych warunkach człowiek potrafi zorganizować jakoś swoje życie i może nawet być szczęśliwym. Na przykład, Dhobi Ghat, który widzieliśmy, to wielka pralnia ulokowana w slumsach. Tutaj praca zaczyna się o trzeciej nad ranem i trwa do późnego wieczora. W wielkich betonowych basenach dorośli piorą sterty brudów, nieopodal ktoś je odwirowuje, jeszcze dalej ktoś  rozwiesza do suszenia… a  dzieci biegają  pomiędzy piorącymi i radośnie ciaprają się w wodzie. Ot życie. Normalne.
A my tak jeżdżąc po mieście w końcu postanowiliśmy coś zjeść i odpocząć przed całonocną podróżą pociągiem  do Kolhapur. Niestety pełen wrażeń dzień zakończył się dość kiepsko, bo kiedy przyjechaliśmy pod dworzec i zaczęliśmy wypakowywać bagaże okazało się, że brakuje plecaka jednego z uczestników wyprawy – Kamila K. Wyparował, czyli został ukradziony. Kiedy? Jak? Przez kogo? Możemy się tylko domyślać… Rysiu z poszkodowanym zgłosili nawet sprawę na policję, ale bez nadziei, ze zguba się odnajdzie. Ale jak podróżować bez bagażu? Kamil twierdzi, że lżej…