XVII Wyprawa – relacja

12 lipca 2017 r. o godzinie 0.15 wyruszyła z Chorzowa XVII Szkolna Wyprawa Geograficzna „Indie 2017”. W czasie ponadsiedmiotygodniowego pobytu na subkontynencie 25-osobowa uczniów i absolwentów chorzowskiego Słowaka przemierzy kilkanaście tysięcy kilometrów poznając zróżnicowanie przyrodniczo-geograficzne i społeczno-kulturowe największej demokracji świata.

Młodzi podróżnicy stawiają przed sobą następujące cele:

  • poznanie środowiska przyrodniczo–geograficznego subkontynentu indyjskiego,
  • zapoznanie z kulturą i zróżnicowaniem religijnym,
  • prowadzenie obserwacji terenowych przyrodniczych i socjologicznych, stanowiących materiał dla późniejszych wykładów, odczytów, artykułów i sprawozdań,
  • rozwijanie poczucia tolerancji,
  • kreowanie postaw wolnych od szowinizmu, przesądów narodowych i religijnych uprzedzeń,
  • kształtowanie umiejętności organizacyjnych,
  • naukę zachowania się w sytuacjach nietypowych,
  • zebranie materiału filmowego i fotograficznego dla celów popularyzatorsko–ekspozycyjnych,
  • zebranie eksponatów etnograficznych z przeznaczeniem muzealnym,
  • pracę w charakterze wolontariuszy w ośrodkach Sióstr Miłości w Kalkucie,
  • oddanie hołdu maharadży Digvidźaj Sinhji, który adoptował polskie dzieci w czasie II wojny światowej.

UWAGA! Kolejne części relacji dodawane są na dole strony.


I. Delhi – Jaipur

Zaczął się kolejny dzień wyprawy. Piąty, szósty? Szczęśliwi czasu nie liczą, więc nie będę się nad tym zastanawiać. Za nami zaledwie pobyt w Delhi i Jaipurze a wrażeń moc…Dla mnie wszystko zaczęło się w maju, kiedy Kumar po jednej z lekcji zapytał jakie mam plany na wakacje. Domyśliłam się do czego zmierza, więc bez zastanowienia odpaliłam – ŻADNYCH i że chętnie pojadę do Indii. Potem zaczęło się odliczanie do wylotu, który zaplanowano na 12go lipca. Do początku lipca chyba żaden z uczestników wyprawy nie miał czasu na zastanawianie się „jak to będzie”, bo matury, egzaminy, klasyfikacja końcoworoczna, a młodzi – matury, egzaminy, klasyfikacja końcoworoczna… O tym, że to niedługo, już i „za chwilę” zaczęliśmy myśleć jakoś na dwa – trzy tygodnie przed wyjazdem. Przygotowania do wyprawy ruszyły pełną parą. Ekipa spotykała się w szkole praktycznie każdego dnia, a jej członkowie załatwiali wizy, naklejki i długopisy z logo wyprawy, znosili do szkoły setki rzeczy, które planowali zabrać w podróż i wykorzystać podczas jej trwania albo rozdać jako „gifty” Indusom poznanym w drodze. 10go lipca nastąpiło wielkie pakowanie w asyście przedstawicieli lokalnych i ogólnopolskich mediów. Chłopcy urządzili sobie też w męskiej toalecie mały zakład fryzjerski i po koleżeńsku, czyli jeden drugiemu, zgolili sobie włosy niemal do zera, wychodząc z założenia, że w drodze przez subkontynent indyjski tak właśnie będzie wygodniej z mikroczupryną.

Nasz wyprawa, zgodnie z założeniami, zaczęła się w nocy z 11go na 12 lipca. Na miejscu zbiórki, czyli pod Słowakiem, zebrała się grupa wyjeżdżających, oczywiście my – opiekunowie i spory tłumek tych, którzy chcieli nas pożegnać. Do Warszawy dotarliśmy zaskakująco szybko, bo w trzy i pół godziny. Odprawa na Okęciu też przeszła bezproblemowo i pozostało nam czekać na samolot do Zurichu. W Szwajcarii już tylko przesiedliśmy się do samolotu lecącego do do Indii i siedem godzin później mogliśmy odetchnąć gorącym powietrzem Delhi.

Indie mnie nie zaskoczyły, bo już z wcześniejszych wyjazdów znałam ten gorący oddech subkontynentu, pamiętałam gwar ulicy, który oszołamia tych, którzy przylatują tu po raz pierwszy. Ja już znałam ten zapach, będący dziwną mieszaniną przypraw, kwiatów i…uryny. Oni – uczniowie zaczynali dopiero odkrywać to miejsce na mapie, które ja kiedyś tak pokochałam.

Na Pahar Ganj, do hotelu RELAX ( A jakże!) przyjechaliśmy około drugiej w nocy? Nie wiem. Byłam zmęczona, chciałam jedynie zrzucić plecak, umyć się i przyjąć pozycję horyzontalną, tym bardziej, że następnego dnia mieliśmy już w planach ZWIEDZANIE.

Pierwszy dzień w Delhi był intensywny, choć zobaczyliśmy tylko Lotus Temple, czyli największą bahaistyczną świątynię w Indiach. My – opiekunowie załatwiliśmy sobie indyjskie numery i karty telefoniczne, a wszyscy musieli wymienić dolary na miejscowe rupie, co zajęło mnóstwo czasu, zważywszy, że już pierwszego dnia grupa, idąc na Connaught Place… rozdzieliła się i część pogubiła. Bo po zatłoczonych ulicach indyjskich miast trzeba umieć chodzić a zwłaszcza trzeba umieć przez nie przechodzić. Do perfekcji opanował tę sztukę Kumar (na co dzień Pan Dyrektor), który idąc pieszo, osiąga prędkość niezłej klasy skutera.

Następnego dnia, czyli 14go lipca… ja i Chacha Rysiu obchodziliśmy kolejne naste urodziny i z tej okazji Big Chacha zabrał nas i resztę wyprawowiczów… do grobowca Humayuna, czyli miejsca spoczynku władcy z dynastii Wielkich Mogołów zaś stamtąd rikszami przejechaliśmy do świątyni Akshardham na wschodnim brzegu Jamuny, zaliczanej do największych świątyń hinduistycznych na świecie. Co ciekawe, ta świątynia została otwarta całkiem niedawno, bo w 2005 roku. Ten dokładniej mówiąc kompleks świątynny może i robi wrażenie wielkością, ale także tym jak bardzo jest chroniony. Żeby zwiedzić trzeba grzecznie stanąć w kilometrowej kolejce i oddać wszystko – torbę, plecaczek, wodę, aparaty i kamery, a także – o zgrozo – telefon. Po wszystkim oczywiście trzeba stanąć poz raz drugi w długim ogonku, by odebrać swoje manatki. W sumie nie trzeba, ale jeszcze głupio zostawić. A temperatura i palące słońce nie pomagają kiedy się tak wyczekuje pod okienkiem.

Z Delhi pojechaliśmy nocnym pociągiem do miasta Jaipur. Ten pociąg i dworzec, z którego odjeżdżaliśmy co najmniej zadziwiły naszą młodzież. Pozowanie „lokalsom” do zdjęć na peronie trzeba było przerwać kiedy wjechał na stację kolos, do którego musieliśmy się szybko załadować z plecakami na plecach, plecaczkami na klatach i z butelkami wody w obu rękach. A w wagonach, za dnia niebieskich i przyjaznych, po pierwszej w nocy było ciemno, obco i duszno. Młodzi w końcu odnaleźli swoje miejsca, ale jak się okazało rano – wielu z nich nie spało, bo czuli na sobie wzrok współtowarzyszy podróży. Rano wszystko i dla tych najbardziej wystraszonych odzyskało właściwy wymiar, znormalniało… bo Indusi są życzliwi, zawsze uśmiechnięci i zwyczajnie nas ciekawi.

Jaipur poznawaliśmy dwa dni. Trudne dni. O upałach i wilgotności nie będę pisać, bo tych trzeba doświadczyć na własnej skórze, żeby zrozumieć jak tu jest. Te dni w Jaipurze były trudne, bo większość młodych – jak to ująć dyplomatycznie…? – zmagała się z problemami natury…gastrycznej. Rezultat zmagań? Zużyto jakieś 457 rolek papieru toaletowego i młodzież ZDROWA. W Jaipurze zobaczyliśmy Pałac Miejski i Hawa Mahal tj. Pałac Wiatrów, a następnego dnia między innymi Amber Fort, czyli położony kilkanaście kilometrów od Jaipuru kompleks budowli pałacowo – obronnych. Początki samego miasta Amber sięgają ok.1000 roku, choć budowa Fortu, a dokładnie części teraz udostępnianej turystom, rozpoczęła się w XVI wieku. Z Amber Fort pojechaliśmy do wioski, w której zmieniliśmy środek lokomocji na większy a w dodatku z uszami i trąbą. Młodzi wygodnie rozsiedli się na słoniowych grzbietach i wybyli… a jeśli chodzi o statystki po tym dniu, to chyba łatwiej policzyć zużyte rolki papieru niż selfie ze słoniem, które wtedy zrobiliśmy. Po południu natomiast zwiedzaliśmy Świątynię Galta Ji, o której w przewodnikach stosunkowo mało… Cześć tego kompleksu wygląda jakby wychodziła ze skały, a pośród budowlami są święte stawy, służące wyłącznie mężczyznom do rytualnych kąpieli.

W Jaipurze poszliśmy też kina na film pt. Jagga Jasoos (przygodowy, z zagadką w fabule, tańcami i piosenkami jak to w produkcji indyjskiej). I co w tym dziwnego? Wszystko. Bo kino w Indiach to wielka rzecz – rocznie produkuje się tu około tysiąca filmów, najbardziej znani aktorzy mają status bogów, a widzowie w kinach żywo i głośno reagują na każdą piosenkę, taniec, o scenie pocałunku pary głównych bohaterów nie wspomnę… klaszczą, komentują, cieszą się, przybijają piątki. A potem pozostało nam już tylko upchnąć na nowo rzeczy w plecakach i ruszyć w dalszą drogę.

Sabina Skałka


II. Jamnagar

Do miasta Jamnagar przyjechaliśmy pociągiem. Lało. Mieliśmy małe opóźnienie, co normalnie nie stanowi problemu, ale my wiedzieliśmy, że na nas czekają gospodarze tej wizyty, czyli dyrektorzy szkoły, którą mieliśmy odwiedzić i przedstawiciele księżnej Hershad Kumari, córki Dobrego Maharadży, tj. Jam Saheba Digvijaysinhji Sinh Ji. Trudne do zapamiętania? Dla wszystkich. Ale ćwiczyliśmy i nam się udało.

Na dworcu powitali nas wspomniani dyrektorzy i autobusem pojechaliśmy do hotelu. Po kilkudziesięciu godzinach w pociągu byliśmy bardzo zmęczeni i po prostu brudni. Tymczasem autokar, który zabrał nas spod dworca zatrzymał się przed czterogwiazdkowym hotelem. W eleganckiej restauracji czekało na nas wystawne ŚNIADANIE, po którym udaliśmy się do pokoi a po godzince na prysznic i „ogarnięcie się” ruszyliśmy do szkoły Shree Satiya Vidyalaya, by stamtąd zacząć wycieczkę po mieście.

Jamnagar nie jest miastem turystycznym. Położone na półwyspie Kathijawar, jest piątym co do wielkości miastem w stanie Gudźarat. Nie należy też do najpiękniejszych, ale okazało się bardzo gościnnym. Gospodarze naszej wizyty zawieźli nas do świątyń Shivy i Bala Hanuman, w której od ’64 roku bez przerwy śpiewane są mantry, no i do Balachadi, gdzie w latach czterdziestych XX wieku znajdowała się kolonia polskich dzieci – sierot wojennych po Polakach deportowanych przez sowietów w głąb ZSRR.

W Balachadi funkcjonuje obecnie szkoła wojskowa, w której naukę pobierają kilkunastoletni kadeci, jest też w oczywiście letni pałac Dobrego Maharadży, na terenie którego mieszka dyrektor wspomnianej szkoły wraz z rodziną. Nim jednak dojechaliśmy do Balachadi, odwiedziliśmy niewielki cmentarzyk na terenie koszar, by przy akompaniamencie szkockich dudziarzy, złożyć kwiaty i zapalić znicze na grobach trojga dzieci, które zmarły, mieszkając w kolonii Jam Saheba. Zmarło wtedy troje dzieci z tysiąca dwustu… bo tylu małych Polaków adoptował Dobry Maharadża i uratował, kiedy zostały same w ogarniętym wielką wojną świecie.

W Balachadi pokazano nam szkołę kadetów i zaprezentowano film dokumentalny, poświęcony sprawie polskich dzieci Maharadży, zostaliśmy też ugoszczeni po królewsku i poczęstowani wyśmienitym lunchem. W ogóle wszędzie dokąd tu – w Jamnagarze trafiliśmy przyjmowani byliśmy po królewsku i dopieszczani jak to tylko było możliwe – karmiono nas frykasami, organizowano wycieczki i przejazdy, a na koniec szczodrze obdarowano prezentami. Z myślą o ciekawskich dodam, że fundatorką wszystkiego była księżna Hershad Kumari.

Wszyscy jednak czekaliśmy na spotkanie z księżną Hershad Kumari, czyli córką Dobrego Maharadży, co stało się możliwe w drugim dniu naszej wizyty w Jamnagrze, kiedy to zorganizowano dla nas specjalny pokaz indyjskich tańców tradycyjnych i etnicznych. Dzień wcześniej też były tańce… tyle że z naszym czynnym w nich udziałem. A tańczyliśmy z uczniami i nauczycielami ze szkoły Shree Satiya Vidyalaya… ot tak, spontanicznie, bo przecież niezależnie od szerokości geograficznej, wszędzie młodzi słuchają tych samych przebojów i tak samo mocno kochają zabawę. I tak młodzież z Jamnagaru próbowała nauczyć nas tańców indyjskich a my ich na przykład „belgijki”. Ufundowali nam też wspaniałą kolację i możliwość zrobienia sobie tatuażu henną na rękach. Jak wyglądają teraz nasze „łapidełki” można sobie łatwo wyobrazić…

Ale wracając do spotkania z Księżną Hershad… Córka Maharadży okazała się być nie tylko świetną kontynuatorką dzieła swojego ojca, ale także po prostu mądrym i bardzo zmartwionym kierunkiem, w jakim zmierza współczesny świat człowiekiem, zdziwionym także faktem, iż są w XXI wieku kraje, których rządy plecami odwracają się od napływających uchodźców. Okazała się być skromną kobietą w sari, jakie może kupić w każdym z tysiąca sklepików w Jamnagarze, kruchą i schorowaną, a jednocześnie wielką i mocną intelektualnie. Mieliśmy problem jak się do Niej zwracać, bo przecież jest wysoko urodzona, ale jednocześnie – co sama podkreśla – jest demokratką, a nie „JEJ WYSOKOŚCIĄ”.

Kolejnego dnia musieliśmy pożegnać przyjazny nam Jamnagar i wyruszyć w dalszą drogę z przystankiem w jeszcze jednej szkole nadzorowanej przez stowarzyszenie założone przez członków rodzin książęcych, którego założycielem był Dobry Maharadża, czyli w The Rajkumar College w Rajkot. Żal było odjeżdżać, ale już wiemy, że wrócimy do stanu Gudźarat i przyjaznego Jamnagaru, bo Kumar nie traci czasu podczas takich wizyt i zacieśnia nawiązane kontakty. Tak też było tym razem – co prawda nie tańczył belgijki w parze z indyjską uczennnicą, ale efektem krótkiej rozmowy z panią dyrektor szkoły Shree Satiya Vidyalaya jest umowa o wymianie uczniowskiej. Tak więc pierwsi młodzi goście z Indii przyjadą do Chorzowa najprawdopodobniej już w grudniu tego roku, zaś nasi spędzą cztery tygodnie, poznając kulturę indyjską w drugim semestrze roku zbliżającego się roku szkolnego.

Sabina Skałka


III. Ahemdabad, Bhopal, Sanchi, Bhimbetka

I jak to mówią, wszystko co dobre, szybko się kończy… I my też musieliśmy pożegnać gościnny Jamnagar, wsiąść w pociąg i ruszyć w dalszą drogę. Tym razem celem był liczący około sześć milionów mieszkańców Ahmedabad. W tym gwarnym mieście będącym dużym ośrodkiem przemysłu bawełnianego interesowały nas oczywiście zabytki. I tak zobaczyliśmy kilka ważnych historycznie miejsc, czyli na przykład XIVwieczny meczet Sidi Saiyyad’s, Sabarmati Ashram (pustelnia), w którym 12 lat mieszkał wielki Mahatma Gandhi i przepiękną architektonicznie, pięciopoziomową studnię maharadży.

W Ahmadabadzie męska część sekcji opiekunów, zaraz po lunchu, ruszyła do fryzjera tudzież barber shopu, by poprawić urodę i poddać się masażowi głowy. Przez chwilę obserwowałam zabiegi dwóch młodych fryzjerów i przyznam, że byłam pod wrażeniem tego, co robią. Profesjonaliści w każdym calu – szkoda tylko, że po ich staraniach nie ma już śladu. Kumarowi i Rysiowi bliżej już zewnętrznie do ludzi z lasu niż angielskich gentelmenów. Ale przecież jesteśmy na wyprawie a nie na wczasach w kurorcie.

A z Ahmadabadu pojechaliśmy do Bhopalu. Bhopal nie jest miastem turystycznym i ładnym. Podobnie jak w Ahmadabadzie, ulicami tego małego, jak na warunki indyjskie, bo ledwie około dwumilionowego miasta w godzinach szczytu przepływa rwąca rzeka samochodów i riksz. Miasto to zapisało w historii tragiczną kartę w 1984 roku, kiedy to w nocy z 2 na 3 grudnia w zakładach chemicznych firmy Union Carbide India LTD miała miejsce katastrofa, w wyniku której zginęło ok. 2500 osób a około 100 tysięcy doznało ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Widzieliśmy ruiny zabudowań tej firmy, ale nie dla nich przyjechaliśmy do Bhopalu. Wynajętym autokarem pojechaliśmy do Sanchi i Bhimbetki, dwóch małych miejscowości z zabytkami wpisanymi na listę UNESCO.

W Sanchi znajduje się kompleks buddyjskich stup z trzeciego wieku przed Chrystusem, zaś w Bhimbetce mogliśmy zobaczyć malowidła naskalne sprzed dziewięciu tysięcy lat. I nie potrafiłabym odpowiedzieć które ze wspomnianych miejsc zrobiło większe wrażenie. Stupy zachwyciły urodą i bogatą ornamentyką zdobiącą ich bramy. Dwie zachowały się w świetnym stanie, po jednej zostały fundamenty i fragmenty podstawy. Te które przetrwały setki lat obeszliśmy jak trzeba a trzeba zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Oczywiście kiedy zwiedzaliśmy lał rzęsisty monsunowy deszcz, więc wokół stup zrobiło się kolorowo od naszych parasolek.

Następnym naszym przystankiem – jak już napisałąm – była Bhimbetka. To niezwykłe miejsce. Malunki sprzed tysięcy lat, które można tam podziwić robią wrażenie na nas współczesnych, bo pokazują co zajmowało czas człowieka niegdyś… Widzieliśmy więc sceny polowania, namalowane na skalnych ścianach sceny z życia codziennego, odciski dłoni najprawdopodobniej dzieci tych, którzy tam mieszkali, rysunki przedstawiające sylwetki ludzi sprzed tysięcy lat. A wszystko to zachowane w takim stanie jakby zostało wykonane całkiem niedawno. Niezwykły dowód na to, że to, co leży w naturze człowieka od zarania dziejów, to wielka potrzeba kreacji i zapisywania tego, czego doświadcza. W Bhimbetce też zmoczył nas deszcz… powoli się do tego przyzwyczajamy, że często pada. Czasem wręcz leje. Ale cóż… taka to pora i szerokość i długość geograficzna.

Sabina Skałka


IV. Pune, Matheran, Belagola i Belur

Do Pune w stanie Maharasztra dojechaliśmy oczywiście pociągiem. A jak…?! To liczące niespełna 3 miliony mieszkańców miasto, położone jest nad rzeką Mula, 170 kilometrów od Mumbaju. Program zwiedzania mieliśmy krótki, bo „zaliczyliśmy” Pałac Agi Khana, Aśram Osho i muzeum, w którym zgromadzono artefakty z 17go, 18go, 19go o 20go wieku. Muzeum jak muzeum… mimo że eksponaty w nim zgromadzone zasługiwały na naszą uwagę, wiadomo jak to bywa w takich wypadkach. Przechodziliśmy z sali do sali poszukiwaniu wrażeń i… toalety. Podziwialiśmy więc zabytkowe sprzęty codziennego użytku, począwszy od lamp a skończywszy na tarkach do pięt.

W Pune zobaczyliśmy też pałac Agi Khana i – niestety tylko zza płotu – wspomniany wcześniej aśram dla oryginałów-bogaczy,którzy za 3000 rupii za dzień pobytu, mogą zaznajomić się w nim z naukami Guru Osho, wyciszyć i odnowić duchowo.

Pałac natomiast nie zachwycił tak jak ogrody, w których stoi – kolorowe od kwiatów i z równo przystrzyżonymi trawnikami. My odwiedziliśmy to miejsce, bo przemierzając Indie, szukamy śladów Ghandiego i informacji o nim, a właśnie w pałacu w Pune Brytyjczycy urządzili areszt dla Mahatmy i jego żony Kastruby, która tam zmarła.

Pune nie zapamiętamy może jako miasta, do którego chce się wracać, bo ładne, klimatyczne i „jakieś”… Ot jedno z wielu tu w Indiach i w planie naszej wyprawy. Nie zatrzymaliśmy się zresztą w nim na długo. Zrealizowaliśmy plan zwiedzania i następnego dnia rano ruszyliśmy busem w kierunku Matheranu. Wypytywałam Kumara co w tym Matheranie jest takiego ciekawego, ale odpowiadał tylko tajemniczo – zobaczysz. Zobaczyłam… Autobus dowiózł nas do małej wioski Neral, gdzie przesiedliśmy się do wanów a te zwiozły nas serpentynami do miejsca, z którego z plecakami na grzbiecie poszliśmy do wspomnianego Matheranu. Nie było prosto, bo pod górę, daleko i po grząskim gruncie. Ten ostatni odcinek drogi do niedawna można było pokonać wsiadając do kolejki wąskotorowej, ale jakiś czas temu na torowisko osunął się grunt, szkody trzeba naprawić a to wymaga czasu i wąskotorówka ma ruszyć dopiero w październiku. Nam pozostało dreptać pod górę i cieszyć się świeżym powietrzem. W Matheranie lało. I szkoda, że lało, bo miejsce okazało się urokliwym kurortem, w którym chętnie spędzają czas nie tylko turyści jak my ale także lokalsi.

Kumar wynajął dla nas bungalowy w ośrodku Lakshmi, rozlokował wszystkich chłopaków w jednym, a dziewczyny w dwóch czy trzech innych, zostawiliśmy plecaki i poszliśmy na kolację. I wszystko byłoby OK gdyby nie małpy i bezpańskie psy, szybko ochrzczone przez wyprawowiczów Szarikami. Był więc Szarik 1, Szarik 2 itd… Szariki szybko wyczuły z naszych plecaków nęcący zapach kabanosów i po dwa – trzy zaczęły pilnować naszych domków. Wkrótce okazało się też, że bronią zaciekle naszą ekipę przed małpiszonami, które nie czekały grzecznie aż ktoś rzuci im COŚ, a po prostu i bezczelnie próbowały ukraść z podręcznych plecaczków butelki ze słodkimi napojami bądź słodkości.

Obserwowałam z daleka jednego takiego futrzaka, który podprowadził komuś sok, uciekł z nim na drzewo a tam bez problemu odkręcił nakrętkę i duszkiem wypił zawartość butelki „ z hejnała”, stojąc na dwóch łapkach. Zabawne? Owszem, ale z daleka. Nawet małe urocze małpeczki mają bardzo ostre zęby i potrafią zaatakować.

W Matheranie niestety małpy były wszędzie i obserwowały ludzi, licząc na łatwy łup. Szczerze ich nie cierpię. Jedna taka, wyglądająca jak pluszak, parę miesięcy temu kiedy byłam w Indiach, rzuciła się na mnie nie dlatego, że miałam na widoku jakiś smakołyk (takich głupstw nie robię), ale dlatego, że pomyliła mój pomarańczowy zegarek z banankiem. Okładanie napastnika plecakiem nic nie dało. Pomógł miejscowy z dużym drągiem w garści.

W Matheranie spędziliśmy noc i wczesnym rankiem mieliśmy zamiar wyjść na mały trekking, by zobaczyć wschód słońca i piękne krajobrazowo okolice z kilku punktów widokowych. Zerwaliśmy się przed szóstą. Mgła… Kumar zarządził odwrót do łóżek na godzinę. O siódmej – mgła i powrót do łóżek. O ósmej…jak wcześniej. Wyszliśmy dopiero przed dziesiątą i poszliśmy w deszczu, żeby zobaczyć soczyście zielone doliny i widowiskowe wodospady. Było pięknie, nastrojowo i wietrznie. A po trekkingu zabraliśmy nasze bagaże i ruszyliśmy w drogę do Pune, by stamtąd pociągiem dojechać do Arsikere a z Arsikere do miasta Hassan. I znowu nie miasto Hassan było naszym celem, a położone niedaleko miejscowości Shravanabelagola i Belur. W tej pierwszej o prostej nazwie, skracanej przez miejscowych o pierwszy człon (do Belagola) zwiedzaliśmy kultowy ośrodek dżinizmu.

Weszliśmy więc najpierw do świątyni na liczącym ponad 900 metrów granitowym wzgórzu Indragiri, pokonując około 650 schodów wykutych przed wiekami w litej skale. Warto było iść boso jak nakazuje tradycja i w skwarze pod górę, by zobaczyć miejsce odosobnienia wyznawców dżinizmu i medytacji mnichów, zdecydowanych na podjęcie dożywotniego postu, nazywanego sallekhana oraz 18metrowy posąg Gomnateśwary zwanego też Bahubali, dzieło z X wieku, które sami Indusi uznali za pierwszy z siedmiu cudów Indii. Poszliśmy też na inne, już niższe wzgórze i zwiedziliśmy podobny i równie stary kompleks świątynny. Tomek Szafa Szafarczyk i Michał Kuc przygotowali prelekcje na temat świątyń i samego dżinizmu, bo tak to już jest na wyprawie z założenia KULTUROWO-POZNAWCZEJ, że zwiedzamy, uczymy się, oglądamy i podziwiamy. Jest też czas na oddech, zabawę i wygłupy. W końcu to wyprawa młodzieżowa… No i młodzi pokazali co potrafią, kiedy już schodziliśmy ze wzgórz, bo wygładzone dotykiem milionów rąk poręcze przy kamiennych stopniach i skały „wyświecone” jak lustro stopami pielgrzymów kusiły by z nich zjechać w dół na… „niewymownej” czyli „siedzeniu”. Zjeżdżali więc, w lot zapominając o zmęczeniu.

Po Shravanabelagoli był Belur. A w Belurze też świątynie tyle że hinduskie z epoki Hojsal. Inne architektonicznie, bogato ozdobione koronką płaskorzeźb. Przepiękne. Zwiedziliśmy więc XIIwieczną świątynię Ćennakeśawy, poświęconą Wisznu, którą nakazał budować i sfinansował król Bittiga, czcząc w ten sposób swoje nawrócenie z dżinizmu. Z wycieczki nie chciało się wracać… po drodze zatrzymywaliśmy się jeszcze, by zwiedzić kilka świątyń mniejszej rangi, no żeby coś zjeść, bo w Indiach bardzo smaczne jest to, co można kupić na straganach przy drodze. Samosa, placki z cebulki, pokrojony w małą kostkę świeżutki ananas z masalą, opiekana na węgielkach kukurydza z…masalą i takie tam… W Belurze na przykład młodzi po raz pierwszy spróbowali żółtych, słodkich i soczystych owoców wydłubanych z wielkich, przypominających duriany, kul chlebowca. Zadowoleni wróciliśmy do hotelu w Hassan a stamtąd ruszyliśmy w stronę Kochinu, marząc już o świeżutkich rybach, wielkich krewetach i innych owocach morza, które tam planowaliśmy pożreć.

Sabina Skałka


V. Cochin -Kochi

Kochin… im bliżej byliśmy Kochinu tym intensywniej budziły się wspomnienia. To miasto w stanie Kerala zamieszkuje ledwie 600 tysięcy ludzi, więc mało jak na warunki indyjskie, ale ma bardzo bogatą historię, bo już w XII wieku było stolicą Królestwa Kochinu, od XIV wieku centrum handlu przyprawami, a od XVII stulecia strategicznym ośrodkiem portugalskiego imperium kolonialnego, potem przeszło w ręce Holendrów a wreszcie Brytyjczyków.

Kilka lat temu zobaczyłam to portowe miasto po raz pierwszy i wtedy dodało mi sił do dalszej wędrówki przez południowe Indie. Bo Kochin albo inaczej Kochi był i jest bardzo wyjątkowym miastem z wielu względów. Ma bogatą historię i jest swego rodzaju tyglem kulturowo-religijnym. Jak wiele innych miast Indii można powiedzieć. Owszem, ale to tu obok świątyń hinduistycznych, są też chrześcijańskie, jest synagoga i zapewne jakiś meczet…

Bardzo czekałam na powrót do Kochi, chcąc przekonać się czy dawny zachwyt tym miastem pozostanie niezmącony. Przyjechaliśmy późnym wieczorem, rzuciliśmy bagaże do pokoi i poszliśmy na kolację. Szliśmy, szliśmy i szliśmy… Knajpki były już w większości pozamykane, ale Tytus, właściciel hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, wiedział dokąd nas zaprowadzić. Przed knajpką i w środku kłębił się tłum głodnych facetów, na stołach nie było nawet przysłowiowej ceraty, menu wisiało nad głową kasjera i nie było zbyt długie. Danie wege było jedno – gobi masala. Trudno. Biorę. Inni wzięli ryż i jakieś mięso. Drżałam jakie to wszystko będzie, ale było wyśmienite. Moje kalafiorki w pysznym sosiku delikatnie podsmażone i chrupiące. Mniam… Potem, czyli od rana dna następnego, było już tylko lepiej . Zwiedzaliśmy Kochin i jego kościoły – Bazylikę Santa Cruz, kościół świętego Franciszka, w którym niegdyś spoczęły szczątki Vasco da Gamy, wspomnianą wcześniej synagogę Pardesi, by dojść na nadbrzeże i popatrzeć na ocean i chińskie sieci, którymi miejscowi poławiają ryby i owoce morza. Wyciągnięte z sieci trafiają na pobliskie kramy in można gołym palcem pokazać wybrane do konsumpcji sztuki. Rybacy pokazali nam jaki wyciągają ciężkie sieci z wody, pooglądaliśmy stwory wystawione w lodzie lub w kubłach z wodą i…poszliśmy na lunch. Wieczorem mieliśmy w planach zjeść coś „tutejszego” i tak się stało – na talerzach podano nam kruchego lucjana o dziwnie rozdziawionej paszczy, wielkie krewety, ośmiorniczki i steka z tuńczyka. I frytki. A co! Ale do kolacji zwiedzaliśmy i załatwialiśmy – my opiekunowie – inne atrakcje dla grupy, na przykład bilety na spektakl kathakali.

No dobra, przyznam się… kiedy młodzież jadła lunch, starszyzna wyrwała się na 45minutowy masaż ayurvedyjski. Ayurveda to stara sztuka leczenia i masażu właśnie. Stawia na nogi nawet zgredów jak my… Moja masażystka, jak się okazało, miała na imię Sanya, 20 lat, jakieś metr czterdzieści wzrostu i ważyła na oko 39 kg. Ale jak tylko dobrała się do moich pleców, zrozumiałam, że lepiej z tym mocarzem w sari nie zaczynać. Jej małe rączki miały siłę łap Pudziana. Przeżyłam. Jakoś… I na kathakali czułam się jak młody bóg, chrupanie w karku ustało. No i gut.

A samo kathakali to spektakl – taniec, albo raczej rodzaj pantomimy, którego początki sięgają XVII wieku. Wersja dla tubylców trwa siedem godzin, dla turystów – podróżników ledwie dwie. Na szczęście, bo ten rodzaj śpiewu – zawodzenia, dudnienia, gestów, przewracania oczami przez tancerzy/aktorów – umówmy się – nie jest dla nas do końca czytelny. Na szczęście widzowie dostają streszczenie wystawianych scen, które są fragmentami Ramajany i Mahabharaty. Za pierwszym razem, kiedy widziałam przedstawienie, nasza grupa „geriatryczna”, w trakcie ucięła sobie smaczną drzemkę. Młodzież dzielnie wytrwała przytomna, być może z głodu i w nadziei na tę zamówioną w porcie kolację.

A następnego dnia po śniadaniu wsiedliśmy do autobusu i pojechaliśmy na wycieczkę na pola herbaciane i do ogrodu, w którym hodowane są takie rośliny jak kawa, pieprz i inne takie… Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy, żeby popatrzeć na piękne krajobrazowo doliny, wodospady a wreszcie intensywnie zielone drzewka herbaty. Cudne. Poszliśmy też na mały trekking w Parku Narodowym Erivakulam, którego główną atrakcją okazały się kozice górskie, które po dwie – trzy spokojnie żerowały lub mijały turystów przyzwyczajone najwyraźniej do ich widoku. Do Kochinu wróciliśmy na kolację a następnego dnia rano, z założenia wcześnie rano, chcieliśmy pojechać w kierunku houseboatów. Wyjechaliśmy jednak później…, bo… lało. A taki monsunowy deszcz to nie rodzimy smętny kapuśniaczek, tylko potoki wody, lejące się z nieba. Ale w końcu ruszyliśmy. Luksus łodzi, na których mieliśmy spędzić popołudnie i noc wbił nas w pokład. Ale o tym potem…

Sabina Skałka


VI. Kerala i łodzie i Kanyakumari

Z Kochi autobusem pojechaliśmy do portu Alappuzha, gdzie zaokrętowaliśmy się na dużego houseboata i zaczęło się… pławienie się w luksusie. Załoga przywitała nas intensywnie pachnącymi kwiatami i zaprosiła na górny pokład na lunch. Były ryby, michy sałatek, owoce na paterach i zimne napoje. Potem szwendaliśmy się po pokładzie i podziwialiśmy widoczki aż dopłynęliśmy do miejsca, w którym przesiedliśmy się na małe łódeczki i z wiosłami w rękach popłynęliśmy zobaczyć kanały Kerali z nieco innej perspektywy. Było błogo, spokojnie, od wody wiała lekka bryza, można było pochlapać się wodą i powąchać lilie wodne. Żyć nie umierać.

Po takim godzinnym dryfowaniu wróciliśmy na naszego hoyuseboata i ruszyliśmy dalej. Po jakimś czasie przemknęło mi przez myśl, że nie widziałam od jakiegoś czasu Kumara, ale założyłam, że może się położył i zbiera siły… tymczasem w kajucie też go nie było. Na szczęście Rysiu – opiekun zerknął na telefon i zobaczył kilka nieodebranych połączeń. Dzwonił Kumar, żeby go poinformować, że został na brzegu. Poszedł, jak to Kumar, na pola ryżowe porobić zdjęcia, zapomniał się a my w tym czasie odpłynęliśmy. Nie koniec jednak jego przygody. Nim zawróciliśmy i zabraliśmy gapę, on zdążył jeszcze wraz z tubylcem zabić grasującą w krzakach kobrę, z którą zrobił sobie niezłą sesję zdjęciową. Z martwą, czyli potraktowaną drągiem.

Na naszej łodzi spędziliśmy bajeczny dzień i noc, a następnego dnia trzeba było zarzucić plecaki na ramiona i wsiąść w pociąg do Kanyakumari. A było to 1 sierpnia. Punktualnie o godzinie 20.30, czyli o 17.00 czasu warszawskiego rozbrzmiał dźwięk naszej okrętowej syreny a z głośnika popłynął „Pałacyk Michla”. Wszyscy razem – Indusi i Polacy uczciliśmy pamięć bohaterów Powstania Warszawskiego.

Kanyakumari na przylądku Komoryn to szczególne miejsce na mapie Indii i świata. Kanyakumari to najdalej na południe położone miasto indyjskie. Portowe, szybko rozwijające się i przekształcające z miasteczka o niskiej zabudowie w molocha z liczącymi wiele pięter budynkami. A pojechaliśmy tam ze względów geograficznych ale też kulturowych. Promem podpłynęliśmy na kamienistą wyspę, by zobaczyć światynię Bhagavathi Amman, w której panowie musieli obnażyć swoje torsy (wrrr) i zasłonić kolana sarongami, Vivekananda Rock Memorial i olbrzymi wystający nad ocean pomnik Thiruvalluar.

Upały zwalały nas z nóg, ale byliśmy przecież bardzo blisko równika. Trudno było zwiedzać świątynie chodząc boso po gorących od słońca kamiennych stopniach i posadzkach. A w dodatku tam na południu chyba rzadko bywają tak duże grupy „białyc”h, bo ciągle ktoś nas zatrzymywał i prosił o możliwość zrobienia sobie z nim zdjęcia. Z tymi zdjęciami to też tu w Indiach jest cała historia, bo pozujemy niczym hollywoodzkie gwiazdy. Trudno odmówić uśmiechniętym od ucha do ucha lokalsom, ale czasem jest to męczące, bo prosi o zdjęcie jeden, a kiedy słyszy OK, to zaraz wychodzi skądś cała wielka rodzina tegoż i zaczyna się… bo wypada się sfotografować ze wszystkimi i dla pewności z każdym z osobna. Niektórzy nie proszą o wspólne zdjęcie a po prostu przystawiają nam komórkę do twarzy i ciach. Inni z kolei stają do nas tyłem i niby robią sobie selfie, przy okazji uwieczniając kogoś z naszej grupy. Przekomicznie to wygląda… W Kanyakumari spędziliśmy urocze dwa dni. Bliskość oceanu, plaży, fal rozbijających się od brzegu poprawiały nastrój i przywracały siły do dalszej wędrówki. A przed nami był Maduraj.

Sabina Skałka


VII. Maduraj

Na Maduraj czekałam niecierpliwie, bo poznałam go podczas mojej pierwszej wyprawy do Indii i znowu – jak w przypadku Kochinu – chciałam skonfrontować wspomnienia z rzeczywistością, czyli z tu i teraz. Z pociągu na stacji docelowej wysiedliśmy późnym popołudniem, ja i dyrektor zostawiliśmy grupę przy dworcu i rozsiadłszy się wygodnie w rykszy rowerowej ruszyliśmy do centrum Maduraju poszukać hotelu, w którym mieliśmy spędzić dwie noce. Próbowaliśmy znaleźć hotel sprzed lat, ale bezskutecznie… miasto już na pierwszy rzut oka się zmieniło. Uliczki wyasfaltowano na nowo a mniejsze, na przykład w okolicy świątyni, która była naszym celem – wyłożono dwukolorową kostką brukową. Cóż… świat się zmienia.

Rykszarz zaproponował nam, że podwiezie nas pod kilka hoteli i może któryś wybierzemy i wybraliśmy. Wygodny z rooftopem, z którego rozpościerał się bajkowy widok na kolorowe, majestatyczne gopury Świątyni Meenakshi i centrum miasta. Z tego rooftopu można było zrobić świetne zdjęcia świątyni, można też na nim było po prostu posiedzieć i popatrzeć na zachód słońca, albo… jak Kumar, któremu było za duszno w pokoju, przespać obie noce i swoim boskim ciałem, zawiniętym w prześcieradło, przestraszyć nasze dziewczyny, które polazły na dach popatrzeć na świat. Hehehe…wzięły go, jak twierdziły, za bezdomnego lokalsa. Maduraj jest średniej wielkości (a małym jak na Indie) miastem, liczącym milion dwieście tysięcy mieszkańców z bogatą historią sięgającą III wieku przed naszą erą.

Maduraj to przede wszystkim religijne i kulturowe centrum Tamilów ze wspomnianym wcześniej kompleksem świątynnym zwanym właśnie Meenakshi Temple (całkowity teren zajmowany przez świątynię ma wymiary 259 na 233 m), poświęconym Shivie i jego małżonce Parvati (Meenakshi), którzy – jak głosi legenda – mieli się w tym właśnie miejscu pobrać. Do głównej jej części prowadzą owe gopury, czyli bramy wieże, ozdobione do samego wierzchołka każda cudownymi kolorowymi rzeźbami. Ile jest gopur? Przewodniki podają – 12 lub 14, inne źródła mówią, że najważniejszych i najwyższych jest 4 lub 7… Więc, żeby być sumiennym kronikarzem wyprawy, napiszę JEST ICH DUŻO. My poszliśmy do Meenakshi następnego dnia po przyjeździe do Maduraju i to dwa razy. Najpierw, żeby ją oczywiście zwiedzić i poznać a wieczorem wybraliśmy się na pudżę i pokaz tańców tradycyjnych, który się w niej odbył. Warto było, choć wejście do świątyni… utrudniono zasiekami z bramek, przy których ustawiono mundurowych. Kiedy byłam tam poprzednio parę lat temu nic takiego nie było. Ustawiliśmy się po prostu w kolejce do wejścia, bo z powodu hinduskiego święta, pod gopurami zebrało się mnóstwo ludzi, ale weszliśmy bez okazywania czegokolwiek, z torbami i plecaczkami, no i z aparatami i kamerami w rękach. Teraz, kiedy wzrosło zagrożenie terrorystyczne, ustawiono bramki i wzmożono kontrolę, co jest może i zrozumiałe, ale jak utrudnia życie. Bo trzeba swoje odstać w kolejkach do okienek, w których oddajemy bagaże podręczne, a potem znowu do kolejki, żeby ochrona sprawdziła czy mimo wszystko czegoś nie ukryliśmy pod ubraniem.

Po zwiedzeniu świątyni spacerowaliśmy uliczkami Maduraju, zajrzeliśmy na targ, na którym można oczywiście kupić wszystko – łącznie z tkaninami na ubrania, a w dodatku znaleźć krawców (podobno ich stanowisk z maszynami do szycia jest tam około 1000), którzy niemalże na poczekaniu, zdjąwszy miarę, uszyją czego sobie tylko zażyczymy. Bo Maduraj nazywany bywa też miastem krawców. Nasza ekipa „poszła w spodnie” i wieczorem na kolacji większość grupy (w tym i panowie) pięknie prezentowała się w „galotkach” w najrozmaitsze desenie. Tutejszej modzie w sumie opiera się tylko jeden, który twierdzi, że najładniejsze są jego krótkie, niegdyś chyba niebieskie, „spodenki NRD-owskiego tenisisty z lat siedemdziesiątych”. W Maduraju zwiedziliśmy także muzeum poświęcone Gandhiemu. Muzeum jak muzeum – sporo eksponatów rozmaitej wartości i jeden bezcenny, wzbudzający największe emocje – poplamione krwią Mahatmy dhoti, które miał na sobie w chwili zamachu 30 stycznia 1948 roku.

W Maduraju złapaliśmy oddech i w sumie odpoczęliśmy przed dalszą podróżą przez Indie. Nie ma tam może zbyt wielu zabytków, ale i tak to miasto swoim klimatem zapada w pamięć tych, którzy do niego przejeżdżają.

Sabina Skałka


VIII Thanjavur, Thiruchchirappalli, Tiruvannamalai, Pondicherry, Mamallapuram

Z Maduraju wyruszyliśmy rano, autobusem, po małym zamieszaniu spowodowanym zaginięciem paszportu jednego z uczestników wyprawy. Na szczęście dokument, cenniejszy od wypchanego pieniędzmi portfela, znalazł się w saszecie innego wyprawowicza. więc ruszyliśmy w drogę do Thanjore. albo inaczej Thanjavur.

To niewielkie miasteczko w stanie Tamilnadu, znane z jedenastowiecznej drawidyjskiej świątyni Brihadiśwary. Kompleks robi wielkie wrażenie wielkością, zdobieniami, klimatem zadumy i spokojem, które tam jakimś cudem – mimo tłumów zwiedzających – ciągle udaje się utrzymać. Kiedy tam dotarliśmy było południe. Że było ciepło to mało powiedziane. Żar lał się z nieba, więc z butelkami wody w rękach i czapkami i chustkami na czerepach ruszyliśmy zwiedzać. Świątyń nie osłaniają żadne drzewa, więc łatwo sobie wyobrazić jak gorące były kamienne posadzki w kompleksie… a przypomnę – każdy wchodząc do świątyni musi zostawić buty i wejść do niej boso. Indusi co prawda gdzieniegdzie porozkładali słomiane, szorstkie jak szczotki ryżowe maty, ale tylko gdzieniegdzie, więc żeby nie poparzyć sobie stóp, biegaliśmy ile bogowie dali w nogach od jednego zacienionego miejsca do drugiego. Nie było łatwo. Podeszwy piekły. Na każdym chłodniejszym kamolu zbierały się po dwie – trzy osoby, zbierając siły, by pobiec dalej. Ale pocierpieć było warto.

Z Thanjore, przez Thiruchchirappalli – miasto świątynię – największą czynną w świecie, ruszyliśmy w kierunku Tiruvannamalai. Po Thiruchchirappalli, a dokładniej po ŚWIĄTYNI, która nie jest zabytkiem klasy 0 i na przykład ostatnią gopurę wzniesiono w latach 80tych XX wieku, pochodziliśmy z godzinę, może trochę ponad…

Oglądaliśmy, podziwialiśmy i przy okazji załatwiliśmy kilka spraw związanych z naszymi podstawowymi potrzebami, czyli skorzystaliśmy z toalety, kupiliśmy owoce, wodę i najlepszą na świecie (tj. podczas tej wyprawy) samosę. Kumar kupił 10 sztuk i pożarł wszystkie, ja kupiłam 5 i żałowałam, że nie więcej. To było PYSZNE. Paskudne natomiast było coś, co kupiliśmy z Szefem a co było owocem przypominającym nasz agrest, tylko taki agrest – mutant. Duży. I gorzko-kwaśny. W mieście – świątyni życie toczyło się swoim rytmem jak w każdym innym mieście.

Do Tiruvannamalai dojechaliśmy późno i w strugach deszczu. Oczywiście nie było mowy o zwiedzaniu, trzeba było raczej znaleźć szybko hotel i swoje odespać, tymczasem… nie było możliwości wjazdu do miasta z powodu święta z okazji pełni księżyca, na które zjechały tłumy pielgrzymów, no nie było miejsc w hotelach poza miastem. Nasi kierowcy niezmordowanie krążyli od hotelu do hostelu i wypytywali i prosili, aż się udało. Pokoi było teoretycznie za mało, bo raptem 5, ale w praktyce zmieściliśmy się w nich wszyscy, czyli 29 osób z wielkimi plecakami. Dziewięciu naszych chłopaków spało w jednym, nawet nie pokoju a w czymś co może kiedyś nim będzie, na materacach przytarganych przez obsługę, a dziewczyny w trzech. Opieka miała najwygodniej, bo zajęliśmy dwie jedynki. Nie mogę powiedzieć, że następnego dnia byliśmy jak młodzi bogowie… poprzedniego dnia nie zjedliśmy kolacji, w pokojach było duszno i parno, do tego stopnia, że o 4tej obudziłam się mokra jak po kąpieli. Tak byłam spocona. Z burczącymi brzuchami poszliśmy na śniadanie – masala dosa była wyśmienita…tyle powiem i żałujcie, że nie jedliście. Ale świątynia w nas rozczarowała.

Tiruvannamalai leży u stóp góry Arunachala i uchodzi za jedno z pięciu świętych miejsc sziwaizmu, z których każde poświęcone jest innemu żywiołowi. Ta świątynia, którą chcieliśmy zobaczyć związana jest z Agni, czyli ogniem, dlatego tak ważne jest w tym miejscu wszystko, co z nim związane w tym światło. Dlatego pełnia księżyca ściągnęła do miasta tłumy. Świątynia nas rozczarowała, bo nie mogliśmy jej swobodnie zwiedzić. Nam – niewiernym nie wolno wejść wszędzie, więc musieliśmy się zadowolić oglądaniem jej z zewnątrz i zza nieestetycznych metalowych, zardzewiałych zasieków. A zatem bez żalu ruszyliśmy dalej – do Puducherry (Pondicherry) położonego na Wybrzeżu Koromandelskim.

Pondicherry poznałam już wcześniej, będąc w Indiach w styczniu. I oględnie rzecz ujmując, nie jest to moje ulubione indyjskie miasto, co dziwi mnie samą, bo ciągle widać w nim wpływy francuskie, a lubię Francję i jej kulturę.
Pondicherry albo Puducherry to mieścina, założona w XVII wieku przez Francuzów, licząca niewiele ponad 200 tysięcy mieszkańców, kiedyś część Indii Francuskich, co ciągle widać chociażby w nazwach ulic, które tu są RUE Jakaś Tam i RUE Jakaś Tam. Można tu też znaleźć policjantów w kepi i prawie prawdziwie francuską boulangerie a w niej zjeść rogala i napić się kawy. Czy ja akurat tego szukam, jadąc do Indii? No właśnie… nie bardzo. Ale ile osób w grupie, tyle ocen tego miasta. Młodym chyba się podobało. Mogli wreszcie zjeść coś, czego smak znali z Europy, więc zajadali się francuskimi wypiekami, sandwichami, croissantami, quichem, popijali kawkę z mleczkiem… Niewiele tam jest do zwiedzania, ot sama kolonialna zabudowa miasta i kilka kościołów robią wrażenie i tyle. W każdym razie, ja bez żalu opuściłam Puduczerry, tym bardziej że przed nami był pobyt w moim ulubionym małym i trochę dla niektórych może zapyziałym nadmorskim Mamallapuram.

Mamallapuram lub Mahabalipuram nad Zatoką Bengalską, w którym znajdują się świątynie i zabytki rzeźbiarskie z czasów dynastii Pallawów z VII i VIII wieku, takie jak mandapa Kryszny czy pięć świątyń typu ratha, wykutych z jednego bloku skalnego, które są de facto świątyniami sziwaickimi. Jednak najbardziej znanym obiektem w Mamallapuram jest płaskorzeźba Gangawatarana, tj. Zesłanie (bądź Narodziny) Gangesu. To dzieło o wymiarach 10 m wysokości na 30 długości przedstawia scenę sprowadzenia, wskutek błagań i modlitw Ardżuny, rzeki Ganges na wysuszoną słońcem ziemię, a żeby zobaczyć te wszystkie cuda wypożyczyliśmy rowery i wyruszyliśmy na wycieczkę.

Jest co oglądać, a w dodatku w Mamallapuram można odpocząć od zgiełku wielkich miast, posiedzieć na plaży i popatrzeć na zarzucających i wyciągających z wody sieci rybaków, usiąść w jednej z kilkudziesięciu restauracyjek i zjeść świeżutką rybę czy michę owoców morza…żyć nie umierać. Od Mamallapuram mamy z Rysiem nowe marzenie – chcemy na stare lata (czyli już niedługo) osiąść właśnie tam i prowadzić knajpę. On będzie jej właścicielem a ja mogę „robić za kelnera”… Młodzież i my w pełni wykorzystaliśmy czas pobytu nad morzem. Młodzi, ku zgrozie starszyzny, próbowali nawet wchodzić do wody powyżej kostek i kolan, za co zostali zrugani, bo z oceanem nie ma żartów. Tam też mieliśmy czas, żeby wypisać pocztówki adresowane do rodzin, znajomych i znajomych – nauczycieli, buszowaliśmy w sklepach z pamiątkami, no i jedliśmy wspomniane morskie pyszności. Żal było opuszczać uroczą mieścinę, tym bardziej, że przed nami był perspektywa spędzenia 30 (tak, tak – NOC, DZIEŃ I NOC) godzin w pociągu, który miał nas zawieźć w stronę Kolkaty (Kalkuty).


IX. Sundarbany

Już myślami byliśmy w Kalkucie, kiedy Kumar przypomniał, że nieco zmieniamy plany i najpierw jedziemy zobaczyć Sundarbany. Cóż to za licho? Miały być po Kalkucie. Ale OK. Więc po dwóch nocach i dniu w pociągu, musieliśmy zarzucić plecaki na ramiona i zapakować się do autokaru, który miał nas dowieźć do celu, czyli w region Sundarbanów, na granicy z Bangladeszem, w delcie Gangesu i przy ujściach rzek Ganges, Brahmaputra i Meghna do Zatoki Bengalskiej.
W autokarze najpierw było bardzo zimno, bo klimę ktoś ustawił na 20 stopni, więc Kumi, wróg klimatyzacji w tropikach numer 1, poprosił kierowcę o jej wyłączenie i wtedy się zaczęło… SAUNA to nic w porównaniu z tym, jak było w busie, który oczywiście był cudem techniki indyjskiej, czyli nie można było otworzyć w nim okien. Masakra. Odetchnęliśmy na przystanku na siku i śniadanie, choć krótko, bo trzeba było ruszyć dalej. Dojechaliśmy wreszcie nad rzekę i dosłownie mokrzy jak szczury wysypaliśmy się z autokaru. „Wesoły Romek” czyli Sam zaprowadził nas na łódź a ta popłynęła z nami do ośrodka, w którym mieliśmy spędzić najbliższe trzy dni. Kąpiel po 36 godzinach w pociągu i dodatkowych kilku w saunobusie była rajskim doznaniem, choć ciapraliśmy się w zimnej wodzie. A potem był lunch… A jak nas tam karmili…! Wszystko świeże, domowe, odpowiednio doprawione. Słowem – delicje. Umyci i nakarmieni mogliśmy ruszyć oglądać cuda przyrody, jakie w tamtej części Indii można znaleźć. W ciągu kolejnych dni poznawaliśmy zatem utworzony park narodowy, będący jednocześnie rezerwatem biosfery a mający na celu między innymi ochronę tygrysów bengalskich, podziwialiśmy ptactwo latające i gnieżdżące się w lasach namorzynowych, których skupisko jest tam największe na świecie. Widzieliśmy krokodyle i małe warany, trochę jeleniowatych i wielkie grupy indyjskich turystów, którzy jak my chcieli zobaczyć tygrysa na wolności. Tygrysa oczywiście nie zobaczyliśmy, bo musiałby być idiotą, żeby pchać się dobrowolnie przed obiektywy kamer i aparatów fotograficznych wyżej wspomnianych przybyszów. Ale zaraz… widzieliśmy jednak tygrysa. Kumar zaraz po zejściu z łodzi wypatrzył na jednym z kramów wielkiego pręgowanego pluszaka i cała grupa musiała zaczekać aż DYREKTOR skończy sesję fotograficzną z bestią. Natomiast miejsce, zwane Deltą Śmierci, w którym zlewa się kilka rzek, by znaleźć ujście w Zatoce Bengalskiej zrobiło na nas kolosalne wrażenie. Ogrom wody i przestrzeń, jaką zajmuje są nie do wyobrażenia. To trzeba zobaczyć. To nic, że wracając przeżyliśmy ulewę stulecia, albo przynajmniej wyprawy… Było cudnie. A nasz przewodnik i opiekun Sam, na prośbę Kumara, przygotował dla nas jeszcze pokaz tradycyjnych lokalnych tańców i śpiewów, zaliczyliśmy też przedstawienie, z którego niewiele zrozumieliśmy, ale bawiliśmy się przednio. Tym bardziej, że znowu nas dokarmiano i dopajano i w ogóle wszyscy tam bardzo się o nas troszczyli. Znowu złapaliśmy oddech i z sundarbańskiej wioski trzeba było ruszyć wreszcie do Kolkaty.


X. Kalkuta

Gdyby zapytać przeciętnego „Kowalskiego” z czym mu się kojarzy Kalkuta, to założę się, że odpowie, że z Matką Teresą. Sama tak myślę, choć de facto poznałam Kalkutę, tj. zwiedziłam miasto, znam jego architekturę i byłam w miejscach, w których tam warto być.
Kolkata jest ogromna i gęsto zaludniona. To wielomilionowy moloch. Olbrzym, wciągający przybysza w wartki nurt, samochodów, riksz, autobusów i tramwajów. Bo w Kalkucie czy Kolkacie są też tramwaje. Są, istnieją i stały na szynach za pierwszym razem kiedy tu przyjechałam i stały teraz. Podobno kursują, ale według jakiego rozkładu tego nikt nie wie.
Nasza ekipa przyjechała do Kolkaty wieczorem, więc nie było czasu na zwiedzanie a jedynie na szybką kolację, prysznic i sen, bo rano dnia następnego w planach była pobudka przed piątą, by zdążyć na 6:00 na mszę do domu Sióstr Miłosierdzia Matki Teresy. Na miejsce dotarliśmy na czas, a zaraz po nabożeństwie i śniadaniu, Kumar odebrał od siostry Marii małe – wielkości wizytówki – karteczki z informacją w którym z dziewiętnastu domów opieki każdy z nas będzie wolontariuszem. Shanti Dan, Prem Dan, Nabo Jibor… zebraliśmy się w grupki i taksówkami bądź miejskimi autobusami pojechaliśmy do wskazanych ośrodków.
Miny dziewczyn, które wraz ze mną przydzielono do Shanti Dan, mówiły wszystko – wyraźnie bały się tego wolontariatu, tego co będzie się działo w ośrodku i co zobaczą. Spodziewały się drastycznych obrazów cierpienia, chorób i śmierci, tymczasem znalazły tam radość w oczach podopiecznych ośrodka POMIMO chorób i dysfunkcji. Przydzielone nam zadania były proste. Miałyśmy pomóc w praniu, wspomóc siłą własnych mięśni fizjoterapeutów, porysować bądź pośpiewać z dziewczynami z ośrodka, nakarmić i potrzymać za rękę, kiedy któraś tego potrzebowała.
Pozostali wyprawowicze, którzy trafili do innych Domów Matki Teresy wykonywali podobne prace. Chłopcy i męska część „opieki” dodatkowo golili brody i przystrzygali wąsy mieszkańców ośrodków, w których realizowali wolontariat lub bawili się z nimi piłką, karmili cierpiących na chorobę Parkinsona, przewijali i myli pobrudzonych odchodami. Grupa Kumara zaś w ostatnim dniu wolontariatu dodatkowo namalowała, zaprojektowany poprzedniej nocy przez Kuca, mural, przedstawiający logo naszej wyprawy. Tego samego dnia Siostry Miłosierdzia i wolontariusze z innych krajów przygotowali dla naszej, polskiej grupy wzruszające, śpiewane podziękowania za serce okazane ludziom, którzy takiego wsparcia właśnie potrzebują.
Faktem jest, że nikt z nas nie zapomni tych trzech dni w ośrodkach św. Matki Teresy. Tamtych twarzy, pełnych ufności spojrzeń podopiecznych, ciągle uśmiechniętych i wyciszonych sióstr oraz rozgadanych, wesołych, fachowych w każdym działaniu mashee – opiekunek na stałe pracujących w tych domach.
Wolontariat nie zajmował nam całych dni. W porze lunchu, kiedy mieszkańcy domów Matki Teresy kładli się do łóżek na drzemkę, nasze dyżury się kończyły i po godzince na szybki prysznic i zjedzenie czegoś, szliśmy w miasto, które pierwszego dnia naszego pobytu w Kalkucie (15.08) przybrało barwy szafranowo – biało – zielone, ponieważ wtedy właśnie wypadło święto narodowe Indii, czyli Independence Day. Indusi wylegli na ulice i świętowali głośno, radośnie, zapraszając także nas do zabawy. Flagi Indii były wszędzie, w wielu miejscach usypano z kolorowych kwiatów hasła typu I LOVE INDIA, dzieciaki prezentowały przygotowane popisy taneczne… choć trzeba przyznać, że miasto zostało przez te wspólnie fetujące grupy hindusów, muzułmanów, chrześcijan, sikhów i innych, totalnie zakorkowane.
Po Kalkucie trzeba po prostu pochodzić, zobaczyć postkolonialną zabudowę, pałac wicekróla, Victoria Memorial, kościoły chrześcijańskie, które tam są, no i cmentarz, na którym pochowani są Brytyjczycy, mieszkający niegdyś tutaj i zmarli najprawdopodobniej na malarię. Po kakofonii dźwięków ulicznych, przechadzka po tej nekropolii, w ciszy, wśród omszałych nagrobków i wysokich ocieniających alejki drzew, daje chwilę wytchnienia i pozwala zebrać myśli.
Dla równowagi chyba, Kumar z Błażejem zorganizowali dla grupy wyjście do kina. Nic nowego? Owszem. W kinie już byliśmy, ale powiem szczerze ten seans w Kalkucie zapamiętam na zawsze. Film, na którym byliśmy nosił wdzięczny tytuł TOALETA. I rzeczywiście to ONA była ośrodkiem filmu i obiektem, o który walkę podejmuje najpierw jedna młoda mężatka a po niej w misję „toaleta w każdym gospodarstwie” włączają się inne Induski. Oczywiście w „dziele” nie zabrakło zbiorowych tańców i piosenek, a batalia o kibel zakończyła się happy endem i szczęśliwym pożyciem pary głównych bohaterów. Śmiać się czy płakać? To pytanie zadawaliśmy sobie wracając do hotelu. Było wypisane na naszych skonsternowanych obliczach. Prawie nie gadaliśmy, bo co tu powiedzieć?
Nasz pobyt w Mieście Radości dobiegł końca. Na pewno pozostawiliśmy tu po sobie niematerialny podarunek – miłość dla bliźnich. Następny cel – Varanasi.


XI. Waranasi

Do Waranasi przyjechaliśmy szybciej niż zakładaliśmy. Pociąg stanął na stacji, z której mieliśmy ruszyć rikszami do celu, dwadzieścia pięć minut przed planowanym w rozkładzie przyjazdem… Tylko tu w Indiach jest coś takiego możliwe. Zerwaliśmy się na równe nogi, zarzuciliśmy bagaże na ramiona i w długą! Po chwili na siku, załadowaliśmy się do tuktuków i niedługo potem byliśmy w Waranasi.
Moje ulubione i wytęsknione Waranasi… Straszne i piękne jednocześnie. Miasto kojarzone ze świętą rzeką Ganges, ghatami, śmiercią i klimatem starych Indii. Bo nie ma drugiego takiego miasta w Indiach jak Waranasi czy Benares, bo pod tymi nazwami jest najbardziej znane. Waranasi jest też najstarszym zamieszkałym miastem na świecie, ważnym zarówno dla wyznawców hinduizmu jak i buddystów. Współcześnie liczy ponad trzy miliony mieszkańców.
Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy byłam równie zachwycona co przerażona. Labirynt uliczek starego miasta wydawał się nie do ogarnięcia. Droga do hotelu Pudża nie do zapamiętania. Za pierwszym razem przyjechałam tu nad ranem. Idąc do hotelu mijaliśmy święte krowy i kondukty niosące mary ze zmarłymi na Manikarnika Ghat. Teraz droga do hotelu była niby ta sama, ale oprócz krów i konduktów, na wąskich na metr – półtora uliczkach toczyło się życie. Pootwierane były kramy z jedzeniem, pamiątkami, sklepiki, pralnie, świątynie i świątynki. Między nami cisnęli się lokalsi, próbowali przejechać na motorach i na wózkach inwalidzkich… Co i raz mijaliśmy także grupki pilnujących porządku mundurowych. Do hotelu Pudża? Pytał Kumar. Tędy. Prosto. W prawo i prosto. Aż wreszcie doszliśmy.
Na końcu małej wąskiej uliczki wypatrzyliśmy wyjście do Pudży, hotelu na Lalita Ghat, blisko miejsca, w którym są słynne schody ze stosami całopalnymi. Hotel jest nadzwyczaj wygodny, pokoje z klimą, wi-fi i innymi udogodnieniami, a w dodatku z restauracją na rooftopie, do której, prócz zameldowanych w Pudży, zaglądają gangi małp i kradną co się da jeśli zajdzie okazja.
Po krótkim odpoczynku w pokojach, poszliśmy na spacer po mieście. Byliśmy w małej, blisko położonej naszego hotelu świątyni hinduistycznej a potem skierowaliśmy się na słynny Manikarnika Ghat, żeby zobaczyć ceremonię kremacji. Przerażające? No właśnie nie. Śmierć jest częścią życia. Tabu z nią związane w Europie, tu w Benares, zostaje odsłonięte. Mary ze zwłokami, przygotowania do kremacji, podpalenie stosu, rozbicie czaszki zmarłego, by jego duch mógł swobodnie ulecieć i rytualne zakończenie żałoby… to wszystko można zobaczyć i ogląda się ze spokojem i ufnością w celowość wykonywanych obrządków. Śmierć przestaje przerażać. Ciągle wydaje się straszna w swej nieuchronności, ale już naturalna.
Nasza młodzież tak właśnie odebrała to, co zobaczyła na Manikarnika – ze spokojem i zrozumieniem odmienności hinduskich ceremonii pogrzebowych. A potem poszliśmy na pudżę, czyli ceremonię religijną, odprawianą w intencji dusz zmarłych niezmiennie od setek lat. Ludzie zbierają się na ghatach i w łodziach zacumowanych przy brzegu, by obejrzeć rytualne modły i śpiewy. Nawet niewierni, jak my, dają się uwieść dźwiękom, zapachom kadzideł i skomplikowanemu układowi gestów braminów. A po zakończeniu pudży, Ganges rozświetlają światełka świec, które wraz z kwiatami puszczane są z nurtem rzeki, w której trudno się nie zakochać.
Wyprawowicze też chętnie szwendali się po ghatach, fotografowali rzekę, a potem, kiedy już wyjeżdżaliśmy z Benares, żegnali Matkę Gangę. Poznali ją w miarę dobrze, bo o dziwo mimo pory monsunowej, poziom wód Gangesu był tak niski, że gdzieniegdzie nawet odsłoniły się łachy piachu, tworząc mini wysepki. No i popłynęliśmy Gangesem,żeby zobaczyć wschód słońca i budzące się życie na ghatach, czyli ludzi zażywających rytualnych kąpieli, piorących, myjących jakieś naczynia… A po dwóch godzinach kołysania się na wodzie, pojechaliśmy do Sarnath, czyli Parku Jeleni, gdzie Budda wygłosił swe pierwsze kazanie po doznaniu oświecenia na temat wprawienia w ruch Koła Dharmy i dokąd kilkakrotnie wracał, aby przeczekać porę deszczową. Ja tam też wróciłam, by po raz kolejny obejść (zgodnie z ruchem wskazówek zegara) wysoką na 34 metry stupę Dhamekh i obejrzeć pozostałości wzniesionego z rozkazu Aśoki kompleksu klasztornego, którego częścią była kolumna z lwim kapitelem, figurującym we współczesnym godle Indii.
Trzeci dzień w Waranasi wypełniło zwiedzanie świątyń hinduistycznych i szczególny występ taneczno-muzyczny, na rooftopie naszego hotelu, przygotowany specjalnie dla nas. Tradycyjny taniec kathak prezentowany przez prawdziwego mistrza tej sztuki wzbudził nasz zachwyt. Nazwa tego stylu w tańcu pochodzi od słowa oznaczającego „bajka, opowiadanie” i najprawdopodobniej jest skutkiem zazębienia się dwóch tradycji, czyli hinduistycznej oraz muzułmańskiej. Praca stóp tancerza, precyzja, z jaką wykonywał każdy gest rękoma zapewne były efektem wieloletniej ciężkiej pracy i ćwiczeń. Natomiast przed występem, my dziewczyny miałyśmy do wypełnienia misję specjalną. Im bliżej było Waranasi tym częściej marudziłyśmy Kumarowi, że chcemy kupić oryginalne sari. A wiedziałyśmy, że w tym właśnie mieście można nabyć najlepsze, jedwabne, z topem szytym na miarę i z dnia na dzień. Miejsce, do którego zaprowadził nas znajomy Szefa było pewne, ale oferowane sari dosyć drogie, ale… w końcu jesteśmy w Indiach, a tu wręcz trzeba się targować. I wytargowałyśmy niezłą cenę jak na sześć metrów jedwabiu, bo tak długa jest tkanina, którą potem trzeba jeszcze umieć odpowiednio na sobie upiąć. Nasze piękne kolorowe sari były gotowe na czas i do odbioru tuż przed wspomnianym występem. Biegłyśmy ile bozia w nogach dała, tak bardzo byłyśmy ciekawe efektu, czyli jak w tym będziemy wyglądać. Miałyśmy mały problem z bluzkami – tył do przodu czy przód do tyłu, bo wszystko nam pasowało, ale krawiec wyprowadził nas z błędu i niczym rdzenne Induski poczłapałyśmy w naszych kreacjach zaprezentować się Kumarowi i Rysiowi. Ich miny wyrażały wszystko, więc przyjęłyśmy wersję, że są zachwyceni. Cóż…
Waranasi pokochali chyba wszyscy. Młodzi dość szybko opanowali sztukę odnajdywania się w labiryncie krętych uliczek zwanych gali. Bez problemów buszowali po nich, szukając dobrych restauracyjek i najedzeni jak bąki wracali grzecznie na czas do hotelu. I o ile obiadki jedli w rożnych miejscach, to wszyscy jak jeden mąż biegali na lassi w jedno miejsce, do uroczego przybytku prowadzonego przez przemiłego pana, który nie skąpił napoju, podając go w glinianych naczynkach szczodrze dodając pistacji, płatków migdałowych, ziaren granatu… I jak nie kochać Waranasi?


XII Allahabad, Ayodhia i niespodzianki

Urzeczeni Waranasi niechętnie pakowaliśmy plecaki, by ruszyć w dalszą drogę. Ale jak mus to mus. Autokar miał na nas czekać GDZIEŚ w Waranasi i trzeba było do niego dojść, co w upale, z jakim tu mamy do czynienia od rana, nie było łatwe. Z hotelu Pujdża wyszliśmy o 8ej i dreptaliśmy gęsiego wąskimi uliczkami starego Benares… z każdą minutą było ciężej. A autokaru jak nie widać tak nie widać. Po grzyba autokar skoro już jesteśmy jakoś w połowie drogi do Allahabadu??? – pytał ktoś za mną. Nie no… żarcik taki, ale wtedy nie śmieszył. W końcu doszliśmy do pojazdu, którymi mieliśmy podróżować przez następne trzy dni. A może cztery? Tak to jest z czasem na wyprawie. Bo szczęśliwi czasu nie liczą, więc i nam od początku pobytu tutaj mieszają się dni tygodnia i daty w kalendarzu. Nawet Kumar czasem pytał jaki dzień dzisiaj mamy? Piątek? Sobotę? Tylko datę wylotu do Polski wszyscy pamiętają i jak na razie wypierają z pamięci.
No ale my tym wspomnianym wcześniej autokarem ruszyliśmy do Allahabadu i jak tylko kierowca odpalił, Kumar oznajmił, że postanowił wzbogacić plan naszej podróży przez Indie o dwa nowe miejsca i w związku z tym będziemy w Jaunpurze i Faizabadzie.
W Jaunpurze byliśmy już w dwie – trzy godziny po odpaleniu silnika. W tym niewielkim mieście w stanie Uttar Pradesh było co zwiedzać. Zobaczyliśmy więc wspaniałe meczety, pozostałości dawnego fortu i malowniczy XVIwieczny most Shahi Bridge nad rzeką Gomti, którego każde przęsło zdobi niczym kolorowa parasolka mały krągły daszek wparty na kolumienkach. Jaunpur, mimo że jest małym jak na Indie miastem, o tyle dał się nam we znaki, że przeszliśmy je pieszo, może i nie wystawieni na słońce, które skryło się za chmurami, ale w upale i przy wilgotności sięgającej stu procent. Pot spływał nam cienkimi strużkami po plecach. Woda, wypijana tu litrami, nie chłodziła i pomagała na chwilę. Nim ruszyliśmy w stronę Allahabadu nakupiliśmy bananów, kawałków orzechów kokosowych, samos, a Szafa ciastek i zjedliśmy lunch.
Allahabad to drugie najstarsze miasto w Indiach, odgrywające szczególną rolę w pismach hinduskich. Wspomniane jest na przykład w Wedach jako Prayag, czyli Miejsce Ofiar. Pierwotnie nazywany Kaushambi, przez cesarza Akbara przemianowany został na Ilahabad, a Brytyjczycy zmienili tę nazwę na Allahabad (co oznacza Miejsce Boga) i tak zostało. Co chyba najważniejsze dla Kumara – geografa, Allahabad do punkt konfluencji Gangesu, Jamuny i podziemnej rzeki Saraswati. W miejsce Sangam, tj, zbiegu rzek, na Kumbh Mela, Ardh Mela i Magh Mela, czyli rytualne kąpiele każdego roku przybywają tłumy pielgrzymów.
My oczywiście załadowaliśmy się do łódek i wypłynęliśmy na Sangam, ale też widzieliśmy fort Wielkich Mogołów, który jest nieopodal… jednak nie było nam dane zobaczyć go od wewnątrz, ponieważ stacjonuje w nim wojsko, jest obiektem chronionym i nieudostępnianym zwiedzającym. Weszliśmy jedynie do podziemnej świątyni Patalpuri, poświęconej wielu bogom, która jest na terenie fortu, a w której najważniejsze są… odsłonięte korzenie Wiecznie Żywego Drzewa Banyan, z którego niegdyś skakali pątnicy, by umrzeć i uwolnić się od reinkarnacji. W Allahabadzie zobaczyliśmy także Khusru Bagh, czyli cztery imponujące grobowce z czasów Wielkich Mogołów oraz Anand Bhavan – rezydencję rodziny Nehru, która wydała pięć pokoleń czołowych polityków. Dom, położony w pięknym parku, przekształcony obecnie na muzeum, jest miejscem, w którym Jawaharlal Nehru i Mahatma Gandhi zaplanowali i przeprowadzili obalenie rządów brytyjskich w Indiach. Tu też dorastała wielka Indira Gandhi. Współcześnie w wielu publikacjach Allahabad określany bywa mianem miasta premierów, ponieważ aż siedmiu premierów Indii, od czasów odzyskania przez nie niepodległości, urodziło się albo było mocno związanych z tym miastem.
My natomiast po czasie spędzonym w Allahabadzie ruszyliśmy w dalszą drogę. Do zaplanowanej w programie wyprawy Ayodhii i nieplanowanego Faizabadu.
Oj Ayodhię to ja zapamiętam… wrrrr. Wiedziałam, że to miasto jest bardzo ważne dla wyznawców hinduizmu, bo miał się w nim urodzić Rama i że doszło tu jakiś czas temu, a dokładnie w 1992 roku, do krwawych strać religijnych pomiędzy hindusami i muzułmanami, ale nie wiedziałam jak szczegółowej kontroli zostaniemy poddani my – podróżujący, w związku z ty, co kiedyś w Ayodhii miało miejsce. Po zburzonym w czasie starć meczecie, który stał w miejscu dawnej świątyni upamiętniającej narodziny hinduskiego boga, nie zostało prawie nic, ołtarzyk poświęcony Ramie, osłonięty jest blachą falistą i jakimiś szmatami. No a żeby to zobaczyć musieliśmy w pierwszym z pięciu punktów kontroli zostawić dosłownie wszystko, czyli plecaki, osobno telefony, aparaty i kamery, karty sim, jeśli ktoś miał z polskiego telefonu, zegarki…WSZYSTKO. Opróżnialiśmy więc podręczne bagaże stojąc w pełnym słońcu i licząc sprzęt. A potem były kolejne kontrole – w sumie w czterech punktach na drodze do miejsca kultu. Oddzielnie panowie i my. Panie z ochrony zaglądały nam do saszetek z pieniędzmi i paszportami i wywalały wszystko, co się w nich znalazło dodatkowo, czyli na przykład małe plastikowe puzdereczko na łańcuszek i… tampony na wszelki babski wypadek. A potem szliśmy w klatkach kilka minut do tego ważnego historyczno-religijnego miejsca obserwowani przez żołnierzy i… małpy. Że żadne z nas nie przypłaciło tego udarem to prawdziwy cud. Podjechaliśmy jeszcze w tej Ayodhii do dwóch innych świątyń hinduistycznych (z których jedna jest w budowie), ale oglądaliśmy je już bez dodatkowych „atrakcji”. No nie będzie to moje ulubione miasto indyjskie… a nocowaliśmy w Faizabadzie, w którym są grobowce żon dawnych nawabów księstwa Oudh. No więc zwiedzaliśmy grobowiec Bahu Begum, Gulab Bari… spokonie i bez zadyszki. No może raz jeden na chwilę nas spięło, kiedy zwiedzając wspaniały grobowiec żony niegdysiejszego tutejszego księcia, zobaczyliśmy dumnie spacerującego alejkami ogrodu emu, a potem drugiego… Ptaszyska oczywiście zostały przez nas obfotografowane, ale nie wzbudzały zaufania. Kumar, który nie rozstaje się z aparatem i kamerą, oczywiście zakradał się w kierunku ptaszyska a to głupie stworzenie, nie bacząc, że ma do czynienia z DYREKTOREM, nerwowo wyciągało głowę, żeby skubnąć. Oba ptaki zerkały groźnie, stroszyły piórka, trzepotały skrzydłami i podbiegały to tu to tam… czasem w naszym kierunku, więc instynktownie uciekaliśmy, zapominając, że emu potrafią rozwinąć prędkość skutera i możemy sobie uciekać… na szczęście miejscowi, odważnie łapiąc za karki big nieloty, przeganiali je od nas na bezpieczną odległość. Wkrótce też pożegnaliśmy Faizabad i pojechaliśmy do Lucknow, ale o tym potem…


XIII. Lucknow

Do Lucknow przyjechaliśmy na dwa dni i dwie noce. Móc przespać na wyprawie dwie noce w pozycji horyzontalnej, w łóżku, to prawdziwy luksus, więc korzystaliśmy z niego ile wlezie, tym bardziej, że Kumar ordynował zbiórki na godzinę dziewiątą. Mogę pomarudzić w relacji z wyprawy? Pozwolę sobie. A co! Bo to Lucknow jakoś mi się nie spodobało. Duże (5 mln mieszkańców) jak na stolicę stanu Uttar Pradesh przystało, rozległe i nie sprzyjające wegetarianom, do których się zaliczam. Poważny minus. Podobno to właśnie w Lucknow robią najlepszy ryż z warzywami, czyli biryiani, ale nie dane mi było doświadczyć i spróbować. Knajpy, do których zaglądaliśmy miały menu non-veg, a jedna, reklamowana jako niezła i z daniami wege, okazała się nieczynna. Nawet samos na okolicznych straganach nie było. Były natomiast banany, posucha i ból żołądka przyklejonego do kręgosłupa. Pozostawała też karma duchowa, czyli zachwyt nad zabytkami, które poznawaliśmy od rana następnego dnia po przyjeździe.
Wynajęte przez Szefa auta zawiozły nas najpierw do…szkoły, takiej z tradycjami sięgającymi pierwszej połowy XIX wieku, a współcześnie zaliczanej do jednej z najlepszych w Indiach. Bogato zdobione gmaszysko La Martiniere College, stojące przed nim trzy armaty, stajnie koni, samochody marki ambasador oznaczone logo szkoły i uczniowie w eleganckich mundurkach zrobiły wrażenie na nas wszystkich. Kumar pokazywał nawet gdzie widziałby tu swój dyrektorski gabinet… na szczęście nie miał czasu marzyć zbyt długo, bo musieliśmy ruszyć dalej, czyli do rezydencji dworskiej nawabów Oudh, zobaczyć Bara Imambara i Chota Imambara, czyli kompleksy grobowców i meczetów z XVIII i XIX wieku, które położone w pięknie utrzymanych ogrodach urzekają architektonicznym rozmachem a także urodą wyrzeźbionych ornamentów, przypominających ręcznie wykonaną koronkę.
To zwiedzanie wypełniło nam cały jeden dzień, a drugi… miał być luźny. W miarę luźny, bo Kumar postanowił przygotować dla wyprawowiczów pracę z mapą i test wiedzy o Indiach i miejscach, które będąc tu już poznali. Jak postanowił tak zrobił. Pytania i zadania, które wymyślił nie były proste. Były podchwytliwe. Tak przynajmniej ocenili sprawdzian młodzi. Kto napisał najlepiej? Kumar już wie, ale wyniki ogłosi w Delhi, gdzie na najlepszego „indologa” czeka nagroda, tj. fundowana kolacja w świetnej restauracji. Berco’s, nawiedzanej przez wyprawy Słowaka od 1991 roku.
Z Lucknow mieliśmy wyruszyć po północy pociągiem do Agry. Na dworcu stawiliśmy się po 23ej i zaczęło się czekanie… mijały kolejne minuty, godzina, dwie… zasypialiśmy stojąc, siedząc na plecakach, leżąc na bagażach… a opóźnienie pociągu wzrastało. W końcu nasz sleeper wtoczył się na stację i zaczęło się nerwowe naszego wagonu, w którym mieliśmy kuszetki. Była czwarta nad ranem. Lecieliśmy z nóg, ale na szczęście w perspektywie mieliśmy kilka godzin snu w kołyszącym się po szynach pociągu, Agrę z Czerwonym Fortem i magicznym Taj Mahalem.


XIV Agra, Sikandra i Fatehpur Sikri.

Na tę część podróży chyba każdy wyprawowicz czekał najbardziej. To znaczy na Agrę. W tym dużym, dwumilionowym, mieście mieliśmy być rano a z powodu opóźnienia pociągu byliśmy dopiero około południa. Najszybciej jak się tylko dało dotarliśmy rikszami do hotelu i tu Kumar, rozdzielając pokoje, oznajmił, że młodzi mają w nich złożyć plecaki i zaraz zejść z powrotem do holu. Po co? Niespodzianka. Jak zarządził tak się stało, a potem zaprowadziliśmy z Rysiem całą ekipę na rooftop, gdzie czekał Kumar i… nie trzeba było długo czekać na okrzyki zachwytu młodych. Bo z dachu hotelu Shanti Lodge w Agrze widać jak na dłoni Czerwony Fort i piękną bryłę Taj Mahalu. Zareagowali jak ja kiedy przyjechałam do Agry po raz pierwszy a Szef, nie uprzedzając co zobaczę, powiedział, że mam przyjść na śniadanie do restauracji na dachu. Widok zapiera dech każdemu… Młodzi też zjedli śniadanie, ogarnęli się i pojechaliśmy na wycieczkę do Sikandry i Fatehpur Sikri.
Sikandra to miejscowość położona ok. 10 km od Agry, w której znajduje się wybudowane w XVI wieku mauzoleum cesarza Akbara Wielkiego. Budowę tego okazałego grobowca rozpoczął sam Akbar a dokończył jego syn i następca Dżahangir. A nasza grupa weszła tam przez wspaniałą bramę południową i znaleźliśmy się w ogrodach, na terenie których pasły się antylopy, wesoło bawiły się małe pasiaste wiewióreczki a dokładnie burunduki.
Z Sikandry pojechaliśmy do owianego legendami Fatehpur Sikri, czyli kompleksu architektonicznego wybudowanego z rozkazu wspomnianego wcześniej Akbara, który miał być kiedyś nową stolicą i był nią raptem kilkanaście lat, ponieważ cudownie zaprojektowane miasto mieszkańcy musieli opuścić z powodu braku wody pitnej. To miasto – widmo jest niezwykłe. Wszędzie widać w nim dawną potęgę Mogołów i geniusz artystów, którzy to miejsce zaprojektowali i wybudowali.
W Fatehpur Sikri jest spokojnie, godzinami można więc przechadzać się alejkami ogrodów i podziwiać tę świecką część… bo w części z meczetem jest więcej ludzi – zwiedzających i wiernych i większe zamieszanie, spowodowane także natarczywością tych, którzy handlują badziewiem, czyli tandetnymi pamiątkami ogólnie rzecz ujmując. Umorusane dzieciaki próbujące sprzedać turystom nędznej jakości pocztówki i długopisy ozdobione „brylancikami” nie odstępują człowieka na krok. Znają po kilka słów chyba w każdym cywilizowanym języku i zaczepiają. Dzień dobry! Kup to… obiecaj, że kupisz. Popatrz mi w oczy i obiecaj – domagają się, łażąc za upatrzoną ofiarą krok w krok. Mówiąc krótko, można oszaleć, więc spod meczetu uciekliśmy dość szybko do autobusu, który wrócił z nami do Agry. Kolację znowu zjedliśmy na rooftopie, patrząc na jaśniejszą sylwetę Taj Mahalu na tle granatowego nieba. Następnego dnia mieliśmy TAM pójść. I tak się stało. Najpierw jednak zwiedziliśmy Red Fort, czyli zespół budowli fortecznych i pałacowych wzniesiony z rozkazu Akbara na przełomie XVI i XVII wieku. Czerwony Fort jest faktycznie czerwony, bo wybudowany z czerwonego piaskowca, choć wewnątrz są obiekty z lśniącego w słońcu białego marmuru jak na przykład Moti Masjid, czyli meczet perłowy uważany za jeden z najpiękniejszych w Indiach. A my zobaczyliśmy tam między innymi Khas Mahal – prywatny pałac Akbara, Jahangiri Mahal – prywatną rezydencję władców mogolskich i Diwan-i-Khas, tj. salę audiencji prywatnych, w której władcy mogolscy przyjmowali dygnitarzy i zagranicznych gości a gdzie znajdował się słynny Pawi Tron z największym brylantem świata. Fort w Agrze od pierwszej mojej w nim bytności kojarzy mi się także z małymi oswojonymi burundukami, które za kilka rupii można nakarmić, trzymając futrzaczka na otwartej dłoni. Głodne „wiewióreczki” były i tym razem ku radości naszej młodzieży. A po zwiedzeniu Red Fortu wróciliśmy na lunch do hotelu. Zjedliśmy i wtedy się zaczęło…
Wyprawowicze wiedzieli, że Taj Mahal zaczniemy zwiedzać ok.15tej i zostaniemy w jego ogrodach do zachodu słońca. Czekali na ten dzień chyba najbardziej, bo kiedy nadszedł powyciągali z plecaków specjalne stroje, czyste i nie założone do tej pory koszulki Penepleny, dziewczyny porozpuszczały włosy splatane na co dzień, a na czołach ponalepiały kolorowe bindi.
Wejście do Taj Mahalu znajduje się niedaleko hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, więc droga pod zabytek nie zajęła nam więcej niż parę minut. Więcej zajęło natomiast samo przejście bramy i ustawionych w niej bramek ochrony, tym bardziej, że mimo pouczeń Kumara w grupie znalazł się bohater, który zabrał z sobą do Taj Mahalu cztery kostki Rubika i kilka metrów sznura na pranie. Po co? Jak to mówi staropolskie przysłowie – najstarsi górale nie wiedzą. No więc po przepychankach na bramkach, Kumar ze wspomnianym pomysłowym Dobromirem wrócili odnieść zbędne rzeczy do hotelu a my czekaliśmy… Zobaczyć Taj Mahal chcieliśmy razem. Całą grupą stanąć u wejścia i popatrzeć na jeden z cudów świata i świadectwo wielkiej miłości Szahdżahana do przedwcześnie zmarłej żony Mumtaz Mahal. Budowane dwadzieścia dwa lata mauzoleum wykonano z białego marmuru przywiezionego z kamieniołomu odległego o blisko 400 kilometrów i ozdobiono tysiącem kamieni szlachetnych, półszlachetnych i kaligrafiami z czarnego marmuru. Jego niezwykłe proporcje, historia, ogrody w których stoi współcześnie zapierają dech zwiedzających. Nie wiem ile tam powstało zdjęć… ale dość powiedzieć, że większość ekipy zmieniła po zwiedzeniu Taj Mahalu swoje fotki profilowe na portalach społecznościowych i na każdej widać niekłamane wzruszenie.


XV Delhi i finał

Wszystko, co dobre szybko się kończy… Po zwiedzeniu Taj Mahalu wróciliśmy do hotelu, dopięliśmy plecaki i ruszyliśmy rikszami na dworzec, by wsiąść do pociągu i dojechać do Delhi. No i znowu nasz skład miał opóźnienie, więc porozsiadaliśmy się na peronie i czekaliśmy, a czekając jedliśmy hit wyprawy, czyli popularne tu ogórki zielone sprzedawane posypane solą himalajską i zwinięte elegancko w kawałek starej gazety lub w kartkę ze zużytego zeszytu jakiegoś dzieciaka. Pycha, ale bez soli. Bo ta himalajska po prostu podśmierduje i smakuje chyba tylko Kumarowi, który każe ją sobie dosypywać do wszystkiego – od ogórków właśnie po zimne napoje i lassi. Ble…
Pociąg przyjechał jakieś półtorej godziny po czasie, ale okazał się wygodniejszy niż wszystkie, którymi dotychczas jechaliśmy, bo komfortem przypominał nasze intercity. Zaraz jak tylko ruszyliśmy podano nam kolację i lody na deser. Wypas był… Zdrzemnęliśmy się i dwie godziny później człapaliśmy w stronę hotelu Relax, bo to w tym naszym wyprawowym hotelu mieliśmy spędzić ostanie dni w Indiach przed powrotem do domu. Dom… powrót… to słowa, które ostatnio słyszałam najczęściej. Młodzież, choć najwyraźniej pokochała Indie, to jednak bardzo już tęskni za rodzinami, przyjaciółmi i obiadkami serwowanymi przez mamy i babcie. W ostatnich dniach młodzi często wspominali domy i pokazywali uzupełniane na bieżąco „listy marzeń kulinarnych”, czyli zestawy dań, które pragną pożreć jak tylko wrócą do domu. Czego tam nie mieli! Z rozmarzeniem wyczytywali mi sałatki z rukolą, suszonymi pomidorkami, sałatkę grecką, z serem pleśniowym, śląski szałot, rolady, steki, schabowe, kluchy i kluseczki… Biedactwa…
Ale Kumar miał jeszcze plan zwiedzania stolicy Indii rozłożony na dwa z trzech ostatnich dni wyprawy. Trzeci przeznaczył na zakup pamiątek, pakowanie i relaks w Relaxie przed wielogodzinnym lotem. Więc dziś, zgodnie z założeniem, przygotowujemy się do powrotu. ONI się przygotowują, a ja piszę… Trzeba wszak zakończyć relację, bo na głębsze refleksje powyprawowe będzie jeszcze czas. Jest spokojnie, młodzież buszuje w sklepach… Pogoda inna niż ta w lipcu. Jest po prostu chłodniej, pochmurno i padał nawet deszcz, po którym trudno chodzić ulicami Pahar Ganju w błocie sięgającym kostek. Ale cóż… Trudno.
Pierwszego dnia po powrocie do Delhi po prawie dwóch miesiącach, wyruszyliśmy zobaczyć kilka ważnych punktów na planie miasta jak świątynia Sikhów, Qutb Minar, tj liczący ponad 70 metrów minaret z XI wieku, będący częścią pierwszego meczetu w Indiach, India Gate, siedzibę premiera, gmaszyska rządowe, budynek parlamentu, a także Gandhi Smrti i Indira Gandhi Memorial, czyli miejsca w których dokonano zamachów na Mahatmę i kobietę – premiera, córkę wielkiego Nehru. Centrum reprezentacyjne stolicy Indii, w którym znajdują się siedziby władz najwyraźniej zadziwiło młodych rozmachem, z jakim zostało wybudowane i spokojem tak odmiennym od tego, co dzieje się zwykle na ulicach większych i mniejszych miast indyjskich. A następnego dnia rano… jakby to ująć dyplomatycznie… oddaliśmy próbki kupki do badania laboratoryjnego, żeby upewnić się, że wszyscy dożyją późnej starości i pojechaliśmy na Raj Ghat, czyli do miejsca kremacji Mahatmy Gandhiego, z którego poszliśmy zobaczyć miejsca kremacji Indiry Gandhi, jej syna Rajiva i Jawaharlala Nehru. Podreptaliśmy też do przedziwnego szpitala dla ptaków, założonego w 1929 roku przy świątyni dżinijskiej, widzieliśmy Red Fort tu w Delhi i Wielki Meczet, zwany Meczetem Piątkowym wybudowany w XVII w. przez Szahdżahana, tego od Taj Mahalu. Na tym skończyliśmy zwiedzanie. Był jeszcze wspólny lunch a wieczorem spotkanie na pięterku w Relaxie, by sobie wzajemnie podziękować za siedem tygodni wędrowania ramię w ramię i powspominać. Dobra, kończę… mój bagaż jest rozgrzebany, w pokoju nieład artystyczny a za kilka godzin będziemy już w drodze do kraju. XII Szkolna Wyprawa Geograficzna „Indie 2017” dobiega końca.

Sabina Skałka