15 Lip 2013

Ostatki na południu i z powrotem na północ

0 Komentarzy

Za przerwę w relacji bardzo przepraszamy i tłumaczymy się brakiem czasu oraz Internetu! Zapraszamy do obejrzenia nowych zdjęć:

https://plus.google.com/u/0/photos/111693354181494146022/albums/5912319501498438497

4 sierpnia, Kochi dzień drugi

Pobudka o piątej rano. Tylko my, kilka dziewczyn, wstajemy wraz ze wschodem słońca i idziemy na pierwsze w życiu zajęcia z jogi. Podczas gdy reszta smacznie jeszcze śpi w hotelu, my rozciągamy nasze zastygłe kończyny i w przedziwnych pozach skupiamy umysły na jednostajnych słowach naszej nauczycielki. Doświadczenie naprawdę godne polecenia, a zakwasy – da się przeżyć!

Ciepły dzień wykorzystaliśmy na zwiedzanie synagogi oraz dzielnicy żydowskiej Kochinu. Kolorowe uliczki kuszą sklepikami ze ślicznymi pamiątkami i aż w głowie się kręci od nadmiaru rzeczy. Miejsce bardzo turystyczne i przychodzi nam do głowy, że trzeba się spieszyć. Spieszyć się, żeby zdążyć zobaczyć coś prawdziwego, takie Indie nieskalane jeszcze przez zewnętrzny bajzel. Czas ucieka między palcami.

Późniejszy monsun naprawdę dał nam w kość. Jeszcze tylko prysznic i część z nas skorzystała z możliwości pójścia na mszę w języku angielskim do kościoła katolickiego znajdującego się w pobliżu. Jak to w Indiach, bez przygód się nie obyło – w trakcie mszy kilkakrotnie zabrakło prądu a muzyka przypominała, jak to ujęła koleżanka, „hity rodem z niemieckiego wesela”. I znów jesteśmy bogatsi o kolejne doświadczenie!

W Kochi są najbardziej kiczowate kościoły świata. Ściany pomalowane mające z założenia imitować marmur to standard. Pełno figur pomalowanych z założenia naturalistycznie, tyle że jaskrawymi kolorami w bazylice sosatkowym elementem jest luminacja, której kolejny efekt stanowiąprzerwy w dostawach prądu podczas burzy, czyli wtedy, ikedy na przykład my mieliśmy okazję uczestniczyć w nabożeństwie. Do tego chórki śpiewane z podkładem godnym polskiego wiejskiego wesela.
Gdybyśmy nie byli tam w niedzielę, zamieściłabym obszerny poetycki opis ton imbiru suszących się na wielkim dziedzińcu jakieś cztery km od centrum i pięknym romatycznym targu przypraw, ale w tym chrześcijańskim mieście święcą dzień święty, więcw ko ńcu nic nie zobaczyliśmy. Potem tylko zakupy przerwane brutalnie przez monsun.

 

6 sierpnia, Kerala House Boats

Wczoraj rano dotarliśmy na nasze pływające domki. Wszyscy oniemieliśmy z zachwytu widząc pięknie wyposażone, nowoczesne drewniane łódeczki, na których dane nam było spędzić następną dobę. Na wejściu podano nam świeże owoce i przepyszną kawę, a wszystko to podziwiając otaczające nas wody i wybrzeże pokryte zielonymi palmami. Do pełni szczęścia brakowało nam jedynie słońca, jak to zwykle tutaj bywa kropił lekki deszczyk, który bynajmniej nie popsuł nam poczucia szczęścia i długo wyczekiwanego relaksu. Po przepysznym obiedzie zacumowaliśmy na brzegu aby spędzić noc wsłuchując się w muzykę koników polnych i cykad, otoczeni wielkimi wodami. Jak bardzo w tym momencie nam Państwo zazdroszczą? 🙂

Następnego dnia udaliśmy się do Ernakulum, jednodniowy powrót do Kochi poświęcony głownie zakupom no i wieczorna zbiórka przed najdłuższą jak dotąd podróżą. 40 godzin w pociągu? Jak to mówią tutejsi, no problem my friend! Czas spożytkować można na wypisywanie pocztówek, lekturę dawno zaczętej już książki, spanie (!!!) no i rozmowy, przede wszystkim długie dyskusję o spostrzeżeniach na temat tego, czego tutaj doświadczamy. Z przesiadką w Madrasie podróż mija w mgnieniu oka i zanim ktokolwiek powie coś o bólu w plecach spowodowanym niewygodną kuszetką, już jesteśmy w Kalkucie.

Houseboat – cały dzień nic nie robienia i cała noc robienia tego, czego nie pisuje się w relacjach. <huehue>

I pobudka o 5.30 na targ rybny. Odwołane z powodu monsunu, a w zamian jeszcze 3 godziny snu. Jaka szkoda.

Ostatni prysznic. Teraz 40 godzin do Kalkuty.

 

6-7 sierpnia, —> Kalkuta

18-letni muzułmanin leży na pryczy naprzeciwko z telefonem przy uchu. Słucha muzyki, mi też dał posłuchać , nie wiem co to było. Nakupił sobie z kilogram orzeszków nerkowca o pół kilo rodzynek. Poczekają sobie do szóstej wieczorem, aż Allach przestanie patrzeć. Pod nim hindus puszcza nam z telefonu jakieś hity na wysokich tonach. My trzymamy nogi na jego beczkach. Tak zamiast walizki, chociaż na początku podejrzewaliśmy go o przemyt bimbru albo benzyny. Właśnie przegląda sobie polski „Twój Styl”. Pociąg zwalnia. Na torach za oknem kładą się cienie okratowanych okien i światło. Czarne palmy odcinają się od wciąż jaśniejszego nieba. Między nimi na tej granicy nieba i ziemi przemykają światła samochodów. I coś gra w trawie. A może to tylko silnik pociągu.

 

8 – 11 sierpnia, Kalkuta

Siedząc wieczorem po podróży na naszym hotelowym balkoniku wsłuchujemy się w odgłos monsunu. Deszcz wali w aluminiowe blachy sklepikowych dachów, spływa stróżkami po obdartych murach starych budynków, obmywa leżące na chodniku ciała żebraków. Można powiedzieć, że Kalkuta jest miejscem magicznym. O tej porze roku, ze względu na koniec ramadanu, ma w sobie urok Bożego Narodzenia… Ulice udekorowane są kolorowymi lampkami tworzącymi łańcuchy migających światełek, które okalają zdezelowane uliczki marketów warzywnych. Do tego rozbrzmiewający w ciemności huk klaksonów żółtych taksówek, rikszy napędzanych przez zmęczone nogi starców, którzy z przepasanymi na biodrach chustami zarabiają na życie wysiłkiem fizycznym. Kalkutę da się kochać, kochać jej ruch uliczny, światełka, dzieci leżące na kartonowych łóżkach z główkami wspartymi na miękkich fałdach sari swoich matek. Hałas. Strużki dymu unoszącego się z fajek ulicznych sprzedawców, zapach kadzidełek, wieczne korki na ulicach i tysiące tego typu rzeczy. Magia.

Niewiele widziałam z bliska i dokładnie, poza ścianą hotelu naprzeciwko, z balkonu. Ale o tym później.
Widziałam Kalkutę głównie zza szyb samochodu.
Kolonialne miasto kolonizowane przez rośliny. Za kilkaset (tysięcy?) lat rozbiorą je na atomy, to pewne. Obecnie wyrastają na parapetach, kurczowo trzymają się rynien, bujają się z klimatyzacji, okien, o balkonach nie mówiąc. Przewodniki twierdzą, że Kalkuta jest podobna do europejsoich miast. Owszem – do Londynu pół wieku po zakończeniu wojny nuklearnej.
Z balkonu widać więcej niż ścianę. W gruncie rzeczy miejscami ściany nie widać, ponieważ jej nie ma; Jest pzrzekrój przez dwa piętra klatki schodowej. Ludzie chodzący w górę i w dół. Widać też drugie schody – przeciwpożarowe, po których chodzi kot. POzostały fragment ściany zajmują wywietrzniki z klimatyzacji zaplątane w kablach i rurach. Fragment to same cegły. Jedno okno jest zawsze otwarte, a na dachu rośnie wybujały krzak, który rzucił jedną gałązkę na tło ściany. teraz kiedy to pisz ę ( mójj ulubiony tekst) na jednym z wywietrzników siedzi mały kotek w plamuy, na drugim (dopiero co tu zeskoczył) – większy biały kot; na trzeci spadł właśnie z impetem szczur goniąc własne życie. I tyle żeby opisać naszą ścianę.

Następnego dnia pobudka o piątej rano. Zaspani, wsiadamy do żółtych taksówek, które wiozą nas do Domu Sióstr Miłosierdzia Matki Teresy. Poranna msza zaczyna się o szóstej, a spóźnienia nie są tolerowane. W środku jest czysto i przytulnie, błękitne mury zapraszają do wyciszenia się i wspólnej modlitwy razem z ubranymi w białe szaty siostrami. Odwiedzamy grób Matki Teresy. Po nabożeństwie jemy śniadanie z innymi wolontariuszami z całego świata, wszyscy uśmiechnięci i pogodni, mający tylko jedno na celu: pomagać. Atmosfera ładuje nam baterie pozytywną energią, która wkrótce będzie nam bardzo potrzebna. Po popołudniowym zwiedzaniu miasta zaczynamy wolontariat.

Ciężko opisać tego typu doświadczenie. Każdy przeżywa je na swój własny sposób. Faktem pozostaje jednak, że do łatwych ono nie należy. Zostaliśmy podzieleni na trzy grupy. Osoby pełnoletnie przydzielone zostały do hospicjum z chorymi i umierającymi dorosłymi, niepełnoletni natomiast pojechali do dwóch domów opieki nad osieroconymi dziećmi, zarówno tymi zdrowymi, jak i niepełnosprawnymi fizycznie i umysłowo. Lekko zdenerwowani, rozdzieliliśmy się żeby pójść do nowej pracy. Spostrzeżeniami na temat minionego popołudnia dzieliliśmy się wieczorem.

Mnie przypadł sierociniec na Shishu Bhavan. Miejsce wygląda jak przedszkole starej daty z okratowanymi  oknami. Dwa piętra, na dole dzieci zdrowe, na górze te niesprawne i chore. W sumie około pięćdziesięciu maluszków w wieku mniej więcej pięciu lat. Pierwszego dnia skok na głęboką wodę, trafiam na górę. Dzieci przypięte do fotelików z powykrzywianymi rączkami i nóżkami, niektóre położone bezwładnie na ziemi z otwartymi buziami, pozostawione same sobie… Tak jak większość obawiałam się mojej reakcji na taki widok, z którym wcześniej nigdy nie miałam do czynienia. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie… Dzieci z Shishu Bhavan nawet w człowieku zrobionym ze skały obudziłyby miłość i współczucie. Niektóre z nich są niewidome, prawie wszystkie w większej części sparaliżowane, z chudymi, kościstymi nóżkami powykręcanymi w nienaturalny sposób. Trzeba je zmuszać do najmniejszego nawet ruchu, wyginać kończyny i „rehabilitować”, choć nie wiadomo do końca jak takie dziecko złapać żeby nie zrobić mu krzywdy… Nikt nie powiedział nam, co mamy robić. Niektóre dzieci są sprawne fizycznie ale chore umysłowo, autystyczne, co chwilę wpadają w histerię, wiją się w fotelikach krzycząc i płacząc. W obliczu takiej tragedii niewiele można zrobić, jedynie poświęcić im swój czas, uwagę, wprowadzić niewielką zmianę w jednym z wielu dni spędzonych na płaczu, jedzeniu, sikaniu, spaniu. Głaskane po główkach dzieciaki przymykają oczka, wyraźnie łakną czułości nawet z rąk obcej osoby… To prawdziwie wzruszające patrzeć na ich uspokojone przez moment twarzyczki, które zaraz wykrzywią się w płaczący grymas spowodowany niemożnością wyrażenia tego, co naprawdę czują. Kilka godzin zleciało w zastraszającym tempie na przewijaniu, karmieniu, tuleniu, głaskaniu i uspokajaniu. Dzieci dawały się podnosić, przestawiać, kłaść…  Reakcji z ich strony dało się doszukać jedynie w ich wielkich ciemnych oczach, wyrażających zwykłą ludzką wdzięczność. Praca ze zdrowymi dziećmi wygląda nieco inaczej. Przypomina nieustanną walkę… Chyba nigdy nie byłam tak poobijana, pogryziona, wycałowana mokrymi całusami i wyprzytulana zarazem. Dzieci w większości są nadpobudliwe, niektóre wręcz agresywne, inne zamknięte w sobie i niedotykalskie. Wszystkie pragną tylko jednego: uwagi drugiego człowieka. Co chwilę któreś wspina mi się na plecy, siada na kolanach, odsuwa kolegę żeby dostać się do nowej „auntie”, bo tak nas tutaj nazywają. Przekrzykując się, starają się zwrócić na siebie uwagę w każdy możliwy sposób, czasem zbyt porywczy, a czasem nieśmiały i subtelny. Po popołudniowym karmieniu dzwonek obwieszcza koniec naszej zmiany. Najciężej rozstać się było trzeciego dnia, kiedy z ciężkim sercem za zamkniętymi drzwiami zostawialiśmy naszych małych podopiecznych. Wypełniało mnie szczęście i satysfakcja z wykonanej pracy, z możliwości oddania choć części siebie tym potrzebującym istotkom. Pozostał we mnie jednak wielki niedosyt… Trzy dni to zdecydowanie za mało na tego typu doświadczenie. To niewiele, ale z pewnością wystarczająco aby uzmysłowić każdemu z nas jak ważne w życiu jest poświęcanie siebie innym. Bezcenne.

Oprócz wolontariatu w Kalkucie zwiedziliśmy Kościół św. Jana, budynek sądu, poczty głównej, Victoria Memorial, Bazylikę św. Pawła, brytyjski cmentarz South Street i wreszcie dzielnicę slumsów na Kalighacie. To jedynie namiastka tego wielkiego wspaniałego miasta, postanawiamy więc sobie tutaj wrócić i nadrobić zaległości. Wieczorem wsiadamy w pociąg i następnego dnia jesteśmy już w New Jaipalguri, skąd jeepami docieramy do Sikkimu.

Dzień drugi. Nie widzieliśmy slumsów, dlatego wciąż nie mogę powiedzieć, że wiem, czym jest Kalkuta. Ale byliśmy w kościele. Wielkie kolumny wzdłuż nawy mgłównej mogłyby stać w Panteonie, poza tym skromnie, biało. Tylko złoto mozaiki w absydzie, za ołtarzem i złoto trzech kadzideł nad ołtarzem. Wszystko proste i klarowne, tak być powinno. I od wejścia muzyka organowa wypełniająca przestrzeń. Prosta i głębopka. Powoli włączyły się nad naszymi głowami wiatraki. Symetria wszystkiego. A potem skończyła isę muzyka i zza wielkich organów zabudowanych w ciemnym drewnie wyszedł starszy utykający człowiek i pokazał na album o Polsce przysłany z Rudy Śląskiej. Po czym zagrał dla nas jeszcze jeden kawałek.
Kto miał dotrzeć na wolontariat ten dotarł.
Swięto ID. Zakończenie Ramadanu, dla Muzułmanów to ponoć święto rzędu Bożego Narodzenia. Znalazłam się w wąskiej uliczce wyglądającej za zakręt. Ludzie jeszcze pracowali, wykupiłam ostatnią na dzisiaj porcję smażonych w głębokim tłuszczu ziemniaczków na jednym ze straganów. nade mną niebo z lampek choinkowych – subtelniejsza wersja tego, co urzędy miejskie fundują ulicom na Gwiazdkę. Dalej lampki, nie wiem jakim sposobem, były oodwieszone nade mną jak woalka nad kołyskadziecka. Ślicznie się świeciły na tym granatowym tle.

Dzień trzeci.

Spadł dzisiaj deszcz, zmokło pranie ludzi ulicy.

Co zostało tu po Anglikach?
Victoria’s Memorial, na przykład. Monumentalny budynek, biały, pomnik królowej z czarnego marmuru przed wejściem. Wokół ogród, na tyłach ogrodu wielkie drzewo, skomplikowane, równoramienne, nad sadzawką. W środku muzeum – historia miasta, i nie tylko, poparta pamiątkami z epoki, i nie tylko. To największa atrakcja turystyczna.
Wiktoriańskie zabudowania, które czują się niswojo, czekają na lepszy czas, takie miałam wrażenie. Budynek poczty na przykład. Po drugiej stronie ulicy stacjonują ludzie specjalizujęcu się w wypełjnianiu papierów analfabetom.
I cmentarze pełne nagrobków młodych ludzi, któych Indie pokonały malarią. Widzięliśmy jeden bardzo piękny.
Bo architektura jest najpiękniejsza w momencie, kiedy zaczyna przegrywać z otaczającą ją przyrodą. Kapliczki – na kolumienkach kopuły porośnięte mchem, okrągłe i stożkowate jak piramidy, świeże zielenią w słońcu (czasami z samego czubka piramidki wyrastała paproć i rozszczepiała promienie słońca). Wysokie i niższe drzewa, pomieszane, skołtunione, wszystko razem i trawa, a w trawie komary. Na krzaku tańczyły motyle – tak sądzę, chodziło chyba o jakiś przejaw uczucia. Życie na cmentarzu toczyło się w najlepsze. W paru kapliczkach suszyło się właśnie pranie). Na skraju, pod murem, kapliczki sąsiadują z wyrastającymi z gruntu ciałami obcymi – metalowymi stelażami bilboardów, które mamiły przejeżdżających pobliską drogą. Mam nadzieję, że skutecznie, że waro było zakłócać spokój tego miejsca.

A wolontariat…

Wolontariat to trzy dni. Pierwszego nie było, bo Kalkuta to duże miasto, a ośrodków sióstr co najmniej kilka. Za drugim podejściem trafiliśmy do Daya-Dan.
Było trudno. Nie dlatego, że dzieci nie miały rąk , nóg, albo oczy, albo były trędowate. Bo nie były. Za to mocno upośledzone umysowo. Miały zapewniąoną pełną opiekę, niczego im nie brakowalo, na pierwszy rzut oka przynajmniej. Weszłam i nie wiedziałam, co w tym idealnie zorganizowanym światku mam jeszcze zrobić. „Auntie” prosiły mnie od czasu do czasu o rzeczy typu: przewijanie dzieciaków (mój pierwszy raz), zniesienie paru świeżych ręczników z dachu do szafy, potem karmienie – dziewczynki o imieniu Neina (wiem, bo tylko na dźwięk swojego imienia otwierała buzię) ryżową-marchewkową papką. W pozostałym między stałymi punktami dnia czasie dzieci siedziały zapięte w fotelikach, dodatkowo z pulpitem prawie pod pachami. Częśc przewracała niewidzącymi oczkami, niektóre uderzały rączką o tablet, jeden chłopiec ciągle przeżuwał szmatę.
Spędzić z nimi czas. Dać siebie. Ale nie było oczywiste, w jaki sposób. Gładziliśmy je po rączkach, główkach, mówiliśmy do nich, czasami coś zaśpiewaliśmy. Nie było tam wiele zabawek, przyniosłam kartki i kredki. Rysowałam misia dziewczynce, która, jak powiedziała mi później jedna z sióstr, była niewidoma.
Czuliśmy się niepotrzebni, ogólnie rzecz biorąc. To był czas konsternacji.
Po powrocie przyszedł cas na wyrzuty sumienia, że nie potrafię dać im miłości, której tak bardzo potrzebują, nie umiem się otworzyć. Wyrzuty. Dużo myślałam. Kiedy za dużo myślę, nie jest dobrze.
Ale następny dzień był inny. Niedziela.
Zauważyłam dziewczynę, chyba w moim wieku, o takim wyrazie twarzy, jakby zastanawiała się bardzo głęboko nad czymś, co znajduje się bardzo daleko za mną i jeszcze za ścianą, która jest za mną. Z lekkim wąsikiem. Wiedziałam z wczoraj, że lubi, a przynajmniej potrafi przybijać piątkę. Okazało się, że zaszłyśmy znacznie dalej. zaraz objęła mnie w ramionach, spojrzała w oczy. Nie jestem pewna co widziały wtedy jej oczy, ale musiało być bardzo piękne. Siedziałyśmy jak takie przyjaciółki, czasami mocniej ją przytulałam, czasami gładziłam po głowie, za uchem (inne dzieciaki to lubią), całowałam w policzek, ale jednak najbardziej lubiła (i dawała do zrozumienia),kiedy trzymałyśmy się za ręce, tak po prostu. Ona patrzyła na mnie, a ja, do jakiego dzieciaka jeszcze podejść, żeby „nie marnować czasu”.A potem zrozumiałam, że nigdy się nie dowiem ile dla tej dziewczyny znaczyła każda z tyvhh chwil. Uścisk mojej ręki. Nigdy się nie dowiem. Był tęż chłopak na wózku, który siedział z daleka od całe j reszty dzieci, z którymi pewnie i tak nie zamienił nigdy słowa. Podeszłam do niego. Okzało się, że jego wózek stał naprzeciwko lustr na przeciwległej ścianie. Ja bym dawno od tego zwariowała. Mówiłam mu. Gładziłam jego ręce. Śmiałam się. On też się zaczął śmiać. Bardzo. Mój śmiech rzadko byw tak dynamiczny jak tamten. Cała jakby siła tego dojrzewającego mężczyzny przykutego do łóżka zdawała się mieć ujście w tym śmiechu. Wierzgał nogami i machał rękami, a ja czułam, czułam się potrzebna. Potem podszedł do nas wolontariusz z Libii, rozmawialiśmy. Próbowałam jeszcze dać trocheę miłości innym dzieciom , ludziom. Jednemu zaśpiewałam „whisky” dżemu. Innemu nieśmiertelny kawałek Ich troje. Starałam się nakarmić kaszką dziecko, którego maksymalna rozwartość buzi wynosił ok. 2 mm. Po pół godziny i ok. 4 pełnych łyżkach zjedzonej kaszki jedna z sióstr się nad nami z litowała i przejęła inicjatywę. A za chwilę skończył się czas.
Jak to jest> nie wiem.

12-15 sierpnia, Sikkim, Gangtok

Po drodze wszyscy się wyprzedzali, w kaźdym razie na przeciwległym pasie, stąd, na szczęście dla nas, łudzące wrażenie, że nieustannie jedziemy na czołowe. Ale dojechaliśmy. Pierwsze miejsce, gdzie nie ma riksz. Kursują głównie jeepy
Dzieci chodzą w mundurkach, wszystkie, obowiązuje w mieście zakaz trąbienia, są kosze na śmieci, dziwne indyjskie miasto. Moje ulubione.

Jeepami do raju. przez otwartą szybę wdychaliśmy górskie powietrze i podziwialiśmy widoki. Po raz pierwszy od początku podróży towarzyszyło nam czyste błękitne niebo a ciepłe słońce opalało łokcie wystawione przez okno. Chyba wreszcie rozumiem co to znaczy, kiedy coś zapiera dech w piersiach… Krajobrazy Sikkimu zdecydowanie godne są tej metafory. Dotarliśmy do Gangtoku, w którym czujemy się jak w domu. Główny deptak ochrzciliśmy już „chorzowską wolką” (rzeczywiście ją przypomina) i szybko odnaleźliśmy się pośród turystycznych sklepów i knajpek. Jak dotąd na horyzoncie nie widać świętych krów ani żebrających i mam wrażenie, że w ogóle nie jestem w Indiach. Co chwilę natykamy się na dzieci i młodzież w mundurkach, śmiejąc się, wracają ze szkoły. Jest bardzo czysto i wszyscy zgodnie uznaliśmy, że moglibyśmy zamieszkać tu na emeryturze.

Mantry we mgle. Powiewające, znikające.
Na rooftopie rosną konopie. Całkiem legalnie.
Światła miasta i światła nieba wydają się tym samym. Chmury się składają, ale nigdy nas nie pochłąną, to już ustaalone. Nasz świat rozciąga się do nepalskich flag na sąsiednim budynku. Mgł. Dalej tylko światła czarnych wzgórz, raz bardziej, raz mniej. Widoczne po prawej stronie światła miasta. Światła samochodów wyjeżdżających zza drzew daleko stąd rozpraszają się we mgle,pięknie, przez krótką chwilę wiele magicznych świateł, któe próbowaliśmy rozszyfrować, które kojarzyły się z miejscami za któymi tęskniłąm. A wschodu słońca ponoć tego ranka nie było. Były chmury, znów.

Zwiedziliśmy Muzeum Tybetańskie, park przyrodniczy i klasztory buddyjskie. Mali mnisi siedzący na ziemi po turecku bawili się przy pomocy kilku kamyczków i zakładali o cukierki. W kolejnym mieliśmy okazję przypatrzeć się życiu mnichów i uczestniczyć w wieczornym nabożeństwie, tak zwanej pudźy. Jednostajny dźwięk wymawianych mantr dalej brzęczy mi w głowie… Wielki spokój. Wszędzie gdzie się nie obrócę widzę lasy, góry i doliny.

Dzisiaj jeździliśmy dookoła mieasta, w górę w dół. Zielone balkony ryżowe i zielone bambusy wyrastające kilka metrów spod nas nad naszymi głowami.

W klasztorze buddyjskim zrobiło się ciemno, kiedy zasłonili drzwi wekjściowe. Światło wpadał o z okien u góry, wysoko, niżej żyrandole w chińskim stylu, światło mdłe zza malowanych szybek i lugie czerwone frędzle. A w dole mnisi zarzucają na ramiona ciężkie pomarańczowe płaszcze, zszyte jakby z wielu ciężkich pomarańczowych łat. Zaczynają. Niskie wibrujące dźwięki, bardziej albo mniej skoordynowane, coraz mniej skoordynowane. Z czasem coraz bardziej brzęczenie. Czasami wąski dźwięk dzwoneczka. Czasami cisza, krótko cisza. Chciałabym zrozumieć poszczególne części pudży, jak to jest, że jedni kiwają się rytmicznie, inni śmieją się, inni ze sobą rozmawiają, podczas gdy większość mantruje zapamiętale. Wykonują te same gesty, na przykład trzymając święte zwoje, ale z opóźnieniem, jak fala meksykańska. W pewnym momencie wkroczył mnich z dzbankiem czaju. Pyszności. Tak, nas też poczęstował, z dolewką, nie dyskryminując tych, którzy zasnęli.
Wyszliśmy przed końcem, nie wiem jak długo przed kńcem, chyba długo.
Spotkaliśmy się z niebem muśniętym przez zachodzące/ zaszłe słońce, a przede wszystkim górami na tym tle, które w końcu nie przesłaniało chmurami najpiękniejszego.

Dzień niepodległości Indii zaczęliśmy słonecznym rankiem, patrząc z rooftopu naszego hotelu na pierwszy najwyższy szczyt Indii, pięknie ośnieżoną Khangchendzongę. Później uczestniczyliśmy w obchodach święta przysłuchując się dłuuuugiej przemowie premiera Sikkimu. Resztę dnia każdy spędził tak jak chciał, robiąc zakupy, odpoczywając, podziwiając widoki z jakiegoś dachu. Jutro czeka nas wyprawa w wysokie góry.

Od pół godziny na stadione miejskim w Gangtoku przemawia krępyczłowiek w sztywnym czarnym garniturze – mundurze ze stójką i wąsikiem. W języku lokalnym. Wczeniej przez 40 minut odczytywanożyciorysy przykładnych mieszkańców miasta, uhonorowanych medalami i certyfikatami, przepasanych wstęgą, przejętych uściskiem dłoni wielikiego człowieka z wąsem. Świętujemy niepodległość Indii. Trybuny prawie pełne, pełne parasolek. Dzisiejsze słońce nas topi. Nie bardziej co prawda niż służby mundurowe, w pełnym umundurowaniu, którzy wszystkich tych przmówień wysłuchują na baczność, na środku stadionu, zapewne do głębi nimi poruszeni.

Święto to było dzisiaj z rana. Pierwszy raz od trzech dni w tym uroczym Gangtoku zobaczyliśmy białą Kantchengdzongę. Za górami, za chmurami. Ale przynajmniej mamy pewność, że rzeczywiście tam jest.
Założę się, że teraz już jej nie widać, nieba jest mniej na chwilę obecną niż chmur, co nie zmienia faktu, że słońce jest ostre i tnie moje białka. Czy to tak bardzo niegrzeczne, że piszę sobie relację podczas przemówienia tego ważnego faceta w czerni?

Reporterski obowiązek każe mi odnotować, że po godzinie przemówienie trwa i ma się dobrze, tylko uczniowie na trybunach przestali wiwatować.

Reporterski obowiązek każe mi odnotować czas wolny.

[do góry]