21 Lip 2013

Z dachu świata nad świętą rzekę

0 Komentarzy

Form Title

Form description

Problem ze zdjęciami powinien zostać załatwiony: https://plus.google.com/u/0/photos/111693354181494146022/albums/5912319501498438497 

zapraszamy do obejrzenia video relacji: http://www.youtube.com/watch?v=_rw-LcPejZY

16-18 sierpnia, ostatnie chwile w Himalajach

Muszą Państwo wiedzieć, iż z powodu strajków politycznych musieliśmy niestety zrezygnować z planowanego pobytu w Darjeeling. Ryzyko zakazu wjazdu lub, co gorsza, wyjazdu z miasta było zbyt duże, a pyszną herbatę udało nam się dostać również w Gangtoku. Rozczarowanie wynagrodziliśmy sobie objazdówką jeepami po Himalajach. Jak to bywa w górach, pogoda lubi płatać figle… Docierając nad jezioro położone na wysokości 3800 m zastała nas gęsta mgła, lekka mżawka i 4 stopnie Celsjusza. W takich warunkach to nawet skarpety i sandały przestają być skandalem..! Z ciężkim sercem rozstawaliśmy się z europejskim Gangtokiem, w którym po kilku dniach pobytu wszyscy zdążyliśmy się zadomowić. Szybkie pożegnanie z naszą ulubioną „wolką” i ruszamy do niewielkiej miejscowości zwanej Pelling, gdzie spędzamy noc w urokliwym pensjonacie z widokiem na góry. Następnego dnia dla odmiany pobudka o piątej rano, ale jak to się tutaj u nas mówi, NIE SPAĆ ZWIEDZAĆ! więc twardo się trzymaliśmy podziwiając krajobrazy za szybą. Na drodze do New Jaipalguri, skąd odjeżdżał nam następny pociąg, zwiedziliśmy kilka świątyń i klasztorów buddyjskich. Udało nam się również podjechać do Namchi żeby zobaczyć ogrody herbaciane i napić się pysznego chai.

Słowo-klucz: mgła. Po wertepach zakrętami jeepami do góry. Po drodze ludzie usuwają osuwiska. Zamiatają kamienie, podnoszą kamienie, rozłupują kamienie, układają kamienie. A potem coś osuwa się ponownie. Kobiety wyglądają kolorowo, wzorzyście zakurzone, w tanich dużych ciepłych swetrach, z czapką na głowie i chustką na ustach, żeby uniknąć chrypki przy wysiłku na wysokości 3800 m.n.p.m. Wielkie przestrzenie wypełnione chmurami, dużo wodospadów. Z góry po drodze widać wielkie smukłe wodospady. Bystre.

Są tu słodkie psy. Nie takie, których robi się żal, wychudzone, wyłysiałe, wszystkie jednej rasy, bez rasy. Tu są futrzate, ufne, śpiące czujnie na werandzie albo przed chatą.
Jeziora widziałam fragment, w którym odbijały się wychylone znad brzegu krzaki. Dalsze krzaki szarzały aż znikały. Jezioro bez słowa przechodziło w mgłę i płynęło do góry.
Jedna brzydka wykafelkowana i zagrzybiona jak łazienka hinduistyczna świątynia.
Wróciliśmy i może się przeziębimy. Chociaż mejmy nadzieję, że nie, bo skończyły się chusteczki.

18 sierpnia. Wyjazd z Gangtoku.

Trzęsie i skręca. Skręca średnio co minutę. W godzinach 6.30 do 17.30 popodziwialiśmy Himalaje z okien jeepów w drodze do New Jalpaihuri, skąd odjeżdża nadz pociąg. I wsiadając do samochodów o 6.30 nie śmielibyśmy przypuszczać, że nasz pocią może 0 17.30 odjechać bez nas. Coż. W międzyczasie odwiedziliśmy dwa klasztory buddyjskie, wielki posąg buddy i pola herbaciane.
Wpierwszym klasztorze, godzina siódma rano mnich obnosił dookoła świątyni, azgodnie z mądrością czasu, srebrne kadzidło rozmiarów gara do zupy zżarzącyimi się gałązkami. Ot, poranny rytuał. Z zewnątrz klasztoru kręcące się kolebki – mantry, kto wprawi wszystkie po kolei w ruch, dostaje szczęście Wewnątrz malowidła wyblakła plynna linia, a w kontraście z tym współczesne, ładnie pomalowane, chociaż kiczowate drewniane rzeźby. Za szybą. Przed szybąstały ofiary i farbki, i dniana czerwona ręka ( pewnie jakiegoś demona), autorstwa mnichów zapewne. Wtedy było jeszcze bardzo mgliscie w górach i czuliśmy się mgliście. Do zespołu klasztornego szliśmy wysoko pod górrę, prowadziły nas mantry – białe, bawełniane na kilkumetrowych bambusach, a po bokach chaty na tle gór albo góry na tle nieba. Na szczycie każda świątynia była inna. Jedna skromna z wielkimi młynami mantr o pociemniałych z czasem kadzidłami malowidłach. Działająna tej samej zasadzie co te na zewnątrz, tyle że ostatnia zachacza jeszcze o dzwonek. Ryż rozsypany ( w różnych miejscach) po kątach, drewniane sprzęty, ofiary i kadzidła wielorazowego użytku.
Mieliśmy okazję oglądać apartamenty Dalaj-Lamy na czas jego wizyt w Sikkimie, dotknąć jego filiżanek i skorzystać z toalety (legalnie??). Nie pamiętam dokładnie jednego pięknego widoku. Z tych, które widzieliśmy. Za wiele ich było i za bardzo były poruszone. Poruszające? Też czasami. Dla mnie osobiście głównie chmury. Piękne chmury na wiele poziomach, barwy słońca, kiedy słońca już nie było. Wodospady, jedna samotna góra. Zielona. Dużo pięknosci.
A nasz pociąg odjechałby bez nas, gdyby nie hamulec bezpieczeństwa. Oszukać karmę.

19-20 sierpnia, Varanasi

Wyjazd z bajkowego Sikkimu do indyjskiej rzeczywistości dla niektórych okazał się ciężkim chlebem, dla innych zaś powrotem do domu. Bo cóż może być uznawane za kwintesencję Indii, jak nie właśnie Varanasi? Miejsce, z którego rozchodzi się światłość przywitało nam upałem i hałasem ulicznym. Przy ulicach pasące się na wysypiskach śmieci świnie utrudniają ruch drogowy, zaś bose dzieci beztrosko bawią się na chodnikach wtapiając się w tłum sprzedawców warzyw i koralików. Zapach kadzideł towarzyszył nam przez cały dzień kiedy zwiedzaliśmy stupy i świątynie buddyjskie. Wysłuchaliśmy opowiadania o życiu Siddharty i rozmyślając o czterech świętych prawdach buddyzmu oglądaliśmy zbudowane na cześć oświeconego budowle. Po zachodzie słońca mieliśmy okazję uczestniczyć w kolejnej pudźy, tym razem hinduistycznej. Nabożeństwo ofiarne nad Gangesem można nazwać przeżyciem mistycznym i tajemniczym. Blask świec wirujących w dłoniach kapłanów gubił się w dymie kadzideł, a wszystkiemu towarzyszył jednostajny wydźwięk mantr i modlitwy ku czci życiodajnej rzeki.

Wschód słońca nad Gangesem jest przeżyciem, którego każdy powinien doświadczyć. Z powodu wysokiego poziomu wody w rzece nie mogliśmy popłynąć łodzią więc budzący się do życia poranek obserwowaliśmy z brzegu. Widzieliśmy ludzi przychodzących obmyć się w świętej wodzie z samego rana, dzieci pucujące ciała w rwącym nurcie, starszych pomagających sobie nawzajem myć plecy. Asceci obmywali sobie twarze mamrocząc słowa modlitwy. Podobno obmycie się w wodach Gangesu i wypowiedzenie z uwielbieniem słowa „Ganga” oczyszcza człowieka z grzechów nawet do pięciu reinkarnacji wstecz. Niesamowity widok otulony był bladą poświatą wschodzącego nad Varanasi słońca.

Po południu niektórzy z nas mieli okazję przyjrzeć się paleniu zwłok. Objaśniono nam jak dokładnie odbywa się kremacja i ile trwa. Dziennie pali się tu nawet do 300 osób, kobiety palą się dłużej niż mężczyźni. Często biedacy, którzy nie są w stanie pokryć kosztów zakupu drewna są jedynie nadpalani, a ich zwłoki w całości wrzucane do rzeki. W wielkim ognisku słychać było skrzyp palącego się drewna, któremu towarzyszył słodki świąd znikających w ogniu ciał.  W oddali na horyzoncie po tafli wody dryfowało samotne ciało udające się w swoją ostatnią podróż. Wieczorem ostatnia podróż w pociągowym sleeperze. Kierunek Agra.

Jak to jest możliwe, że wszystko dzieje się w takich wąskich uliczkach? Skręcają w kolejne uliczki albo zaułki z kilkoma sklepami albo światynką. W sklepach pół metra nad ulicą rozłożone materace i poduszki, jak publiczne łóżka, prezent od władz miasta. Nie wyobrażam sobie władz miasta Varanasi. Nad tym miastem chyba nikt nie ma władzy. Nasz hotel na końcu długiej uliczki, po drodze slalom między krowim łajnem a motocyklistami. Dwukierunkowa półmetrowa uliczka.
Potężny Ganges. Chyba nie widzieliśmy w życiu większej rzeki.
Po południu dzieciaki puszczały latawce z dachów, ptaki krążyły nad Gangesem, małpy skakały z komina do basenu na rooftopie po deszczu.
Kochać albo nienawidzić, tak? Sądzę, że kochać, Po nocnym widoku z rooftopu. W środku nocy, w środku miasta, skończyć ten dzień płynnie wchodząc w następny, z przerwą na przymknięcie oczu.
Miejscami rzeka zlała się z niebem. Pół nieba zasłaniały chmury, drugie pół zajmowały gwiazdy, ale było ichza mało, żeby zasłnić niebo. Wyraźnie widziałam tylko skrawek, który rozświetlały fioletowo – (liliowo-) białe błyskawice. Jedna za drugą. W Indiach pierwszy raz widziałam coś takiego. W okolicy świątyń i ghatów unosił się dym. Jakaś dusza właśnie odrodziła się w innym ciele. Otaczały mnie światła i cienie, dużo miejsc, które będę pamiętać, a pewnie nigdy do nich nie trafię tymi uliczkami. Nie wiem.

Kanalem w dol. Slonce wschodzi daleko, Lodzie na tle Gangesu. Po bokach kanalu siedza asceci. Slugie wlosy, pomaranczowe szaty, zawsze troche nieobecni, podobni do siebie, w tym chyba ze wszyscy sa tak blisko jednej prawdy. Ogladalam palenie zwlok. Najpierw przeszlam labiryntem pomiedzy kilkumetrowymi stertami drewna w drodze na stos pogrzebowy, mnostwo drewna potrzeba do spalenia ludzkich zwlok. Drobiny zweglonego drewna i wszystkiego co razem z nim plonelo plyna Gangesem miedzy przycumowanymi lodziemi, zakrecaja wpadajac w wiry. Dymi sie nieustannie.

[do góry]